wtorek, 25 lutego 2020

Pies w depresji


Tak, z moim psem wszystko w porządku, on nie ma depresji. 
A ze mną jest... różnie. 

Obecnie depresja zajmuje czwarte miejsce na liście najpoważniejszych problemów zdrowotnych świata. Szacuje się, że w 2020 roku zajmie pierwsze miejsce na liście przyczyn zgonów.
W depresji prawie zawsze występuje smutek, jednak bardzo często nie oznacza on depresji. Każdy człowiek bywa czasem smutny, nie wskazuje to jednak na to, że choruje na depresję. Ważne jest jego nasilenie i czas trwania – jeśli ktoś stale (przez większą część dnia, min. 2 tyg.) odczuwa głęboki smutek, który nie podlega w zasadzie modyfikacjom przez zewnętrzne okoliczności, to prawdopodobnie możemy mieć już do czynienia z depresją. Depresja to grupa różnych zaburzeń o podobnych objawach, zarówno psychicznych, jak i fizycznych – obniżony nastrój to tylko jedna z nich.
Cytat podchodzi ze strony wyleczdepresje.pl, gdzie możecie poczytać więcej.

Zacznijmy od tego, że nie jestem psychologiem, pedagogiem, psychiatrą, a z psychologią mam taki kontakt, że z niej korzystam (i jestem w grupie badawczej na pewnym uniwerku...). Uczę się jak na ironię na terapeutę zajęciowego (autoterapia?), ale dopiero zaczęłam, więc niewiele to zmienia.

Depresja (a właściwie podatność na nią) jest dziedziczna, więc towarzyszy mi od dziecka. Myśli S były zawsze. Nawet w snach. Po co żyć, kiedy nie ma się dla kogo, a samego siebie się nie kocha? 


Żyję dzięki psu. 


I nie tylko ja. Pewnie nie tylko ja z twojego osiedla i na pewno nie tylko ja z Twojego psiego światka, co widzę na grupach. Może twój sąsiad Heniek się wahał. Albo sprzedawczyni w sklepie stała przy poręczy mostu. To nie jest śmieszne, to jest tragedia. Tragedia, jaką jest śmiertelna choroba. Nie życzę ci tego, ale to nie jest wirus, tylko stan, więc każdy może być następny. 


Możesz mieć wszystkie ręce i nogi, sprawne oczy i uszy, ale jeśli twój mózg jest chory, to wszystko jest chore.


Nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie kochała swojego psa, bo siebie nie kocham. Nie lubię większości swojego życia. Tę pozostałą część wypełniam psami, pieskami i szczeniakami. To mi daje radość, której brakuje mi w życiu. Nie jestem w stanie pojąć osób, które tego nie rozumieją. Po co temu psu tyle rzeczy? Czemu go znowu wyciągasz na dwór? A może tak jak wszyscy jestem samolubna i to, co robię dla mojego psa, robię też dla siebie? I tak suma sumarum wychodzi na to samo.

A co będzie, kiedy twojego psa już nie będzie? Słyszeliście to pytanie? Ja tak. Ale sobie zadawałam inne: Co będzie z moim psem, kiedy mnie zabraknie? Wolę nie znać odpowiedzi na to pytanie, toteż wolę również żyć. Żyć maksymalnie. Do końca.

Powinnam chyba jednak zacząć od tego, że:

Depresję się leczy lekami. Pies nie jest antydepresantem, może pomóc jako dogoterapeuta czy po prostu przyjaciel, ale nie zastąpi leczenia i normalnej psychoterapii. 
 No dobra, ale w czym może w takim razie pomóc pies?

Wyciągnie cię z domu

Jeśli coś się dzieje, nie zostawaj w nim, wyjdź i zabierz psa. Pójdź zaczerpnąć świeżego powietrza np. w parku, gdzie są ludzie i by zebrać myśli. Albo nie zbieraj ich. Jak czasem brak wiadomości to dobra wiadomość, tak czasem niemyślenie jest zdrowsze niż nadmierne myślenie. Zrelaksuj się, odpocznij. Ty niczego nie musisz. Kiedyś usłyszałam pewne zdanie, które w 100% potwierdzam (tak, działa!) i Tobie też polecam w nie uwierzyć:

"Kiedy czegoś chcemy i nie możemy nic zrobić, czasem warto jest po prostu poczekać. Życie jak rzeka popchnie nas samo, może pokrętną drogą, ale do celu".


Da ci powód, by żyć

A kto go będzie wyprowadzał na spacer? A kto go przytuli na kocyku z książką w ręce, kiedy będzie zimno? A kto go zaprowadzi do weterynarza, kiedy zachoruje? A kto przy nim będzie, kiedy będzie się już żegnał, by odejść? Ty. Tak, to możesz zrobić tylko Ty. Biorąc psa, zawarłeś między wami umowę. Masz obowiązek by ją spełnić.

"Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś."

Zawsze będzie czekać na ciebie w domu

Jeśli masz choć jednego psa, to masz jednego przyjaciela wartego dziesiątki ludzi, dlatego nie jesteś sam. Tak naprawdę nigdy nie jesteś, najwyżej ci się tak wydaje. Popatrz ile masz ludzi wokół siebie. Pewnie są jeszcze inni, którzy by chętnie wysłuchali i pomogli, gdybyś poinformował ich o swoich problemach. Może twój dom nie jest idealny, ale jeśli choć jedna żywa istota wita cię w nim z uśmiechem, to masz powód, by zawsze do niego wracać.

"Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej."

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111

Zobacz, ile pięknych miejsc razem zwiedziliście, ile oddechów synchronicznie wykonaliście, jak często razem biły wasze serca i ile jeszcze możecie zrobić, bo zawsze coś da się zrobić.
Pamiętaj o tym!

 

Kot w pustym mieszkaniu

                    Wisława Szymborska

Umrzeć - tego się nie robi kotu.

Bo co ma począć kot

w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.



Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.

Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.



Coś się tu nie zaczyna

w swojej zwykłej porze.

Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.



Do wszystkich szaf się zajrzało.

Przez półki przebiegło.

Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.



Niech no on tylko wróci,

niech no się pokaże.

Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.


niedziela, 2 lutego 2020

Psi Światku, nie rób tego...



Nie traktuj niektórych ras i ich właścicieli jak bogów.

To są zawsze normalne psy i normalni ludzie, w których nie doszukiwałbym się jakiejkolwiek ponadprzeciętności. Wszystko zostało wypracowane ciężką pracą lub częściowo przeniesione w genach. Jeśli wypisujesz nt. bordera czy innego malinoisa, że to w 100% psy z co najmniej mocno zaburzoną psychiką, to przestań. To są tylko psy. Psy i aż psy, ale wciąż psy. Nie wmawiaj innym, że fiksacja w rasie jest czymś na porządku dziennym i nie ma "neurotypowych" osobników. To jest krzywdzące, a błędy popełnione przez właścicieli i hodowców to nie są cechy rasy.
Ponadto to, że ktoś względnie wiele osiągnął, nie czyni go bogiem, guru, nie płynie w nim błękitna krew. W końcu hemoglobina ma czerwony kolor. To są ludzie, ludzie tacy jak ty. Ludzie uczą się na błędach, potrafią mylić się przez całe życie i głosić kłamstwa. Rób reasearch każdej informacji. Osoba X mimo, że miałaby wysoki level w życiu i własną gildię fanów nie może myśleć za ciebie. X może być ekspertem z dziedziny Y, a ignorantem z Z, równocześnie lecąc na renomie z Y. Pamiętaj o tym.

Nie bądź większym bucem na spacerach niż zwykły pan Nowak z żoną.

Twój pies może i być super wyszkolony, łamać prawa fizyki kwantowej i chwała mu za to (nigdy nie rozumiałam fizyki, więc doceniam rebelię!), ale to nie znaczy, że ma atakować inne psy "bo jest użytkowy, a inne psy to zwykłe, nieliczące się burki", nie ma prawa zaczepiać przechodniów ani zakłócać spokoju na osiedlu. Praca z psem to nie jest karta przetargowa, a sam fakt robienia czegoś z psem nie czyni cię lepszym właścicielem od innych, a na pewno nie już bardziej uprzywilejowanym, by np. spuszczać psa ze smyczy na terenie rezerwatu. Szkolenie nie daje też vouchera ze zniżką na większą cierpliwość otoczenia. Szanujmy zatem jelenie i innych Kowalskich.

Nie odpychaj nowicjuszy.

Nikt nie jest Alfą i Omegą, pan kupujący codziennie pedigree w Biedronce może wykładać na Harvardzie (albo chociaż na UJocie). To nic złego. Niewiedza daje nam możliwość nauki, a zniechęcanie początkującego poprzez wyzwiska, obrażanie, prześmiewczy ton jest tylko: wyzywaniem, obrażaniem i wyśmiewaniem. To nie jest nauka. To jest antynauka, zachęcanie kogoś właśnie do zaprzestania poszukiwań. Czy o to ci chodzi? O to, żeby ktoś wciąż wiedział mniej od ciebie i w wyniku tego był potencjalnie gorszy w twoich oczach od ciebie?

Nie zatajaj faktów.

Nie, to że ktoś cię spyta ile kosztuje twój szczeniak i gdzie się znajduje hodowla, to nie znaczy że masz do czynienia z osobą, na którą możesz wylać wiadro pomyj. Spójrz na to z logicznej strony - jeśli jesteś hodowcą, to hodujesz i sprzedajesz psy. Hodujesz w jakimś miejscu i sprzedajesz za jakąś cenę. Ta informacja i tak prędzej czy później wyjdzie, więc utrudnianie jej znalezienia to nonsens. Zresztą jeśli jesteś poważnym hodowcą, to szanujesz swój czas, a bezowocna pogawędka o twoim miocie, z której wyniknie tylko tyle, że szczenię wykracza poza budżet i możliwości danej osoby, może i być miłą rozrywką, tylko że bezsensownie zajmującą twój czas. Jak coś jest bezsensowne, to pozbawione sensu. A kto umarł, ten nie żyje.

Poza tym możesz wypisywać, radośnie świergolić o tym, jaki twój pies nie jest cudowny i bezproblemowy, a potem bawić się w wulgarne słowotwórstwo na spacerze. Ludzie to albo widzą, albo zobaczą. Naprawdę nie masz nic do ukrycia, a raczej jak to ukryć. No chyba, że mieszkasz w jakiejś dziczy i nie masz kontaktu ze światem. Tylko, że wtedy pewnie ten świat nie ma też kontaktu z tobą. Inni i tak prędzej czy później będą wiedzieć. I gadać. Ludzie zawsze gadają. Nie uciekniesz nawet do swojej dziczy od tego.

Nie podążaj za modą.

Wcale nie musisz trenować 10 sportów, bo jest to popularne. Nie musisz szkolić psa tą jedyną słuszną metodą. Nie zwracaj tak usilnie uwagi na innych, tak bardzo błyszczących w psim światku, bo oślepniesz. Czasami lepiej posłuchać siebie i swojego psa. Co on lubi? Co ty lubisz? O co cię wręcz prosi, a co robi totalnie z przymusu? Nie bierz się też za rasę, która nie pasuje do ciebie, a jest po prostu modna. Rób to, co naprawdę kochasz i szanuj swoje zwierzęta. Wtedy i one będą szanować ciebie.

Najważniejsze to żyć w zgodzie z samym sobą. Tego nie da ci żaden pies ani rzesza fanów.

Co jeszcze wg was powinno się znaleźć w zestawieniu? Napiszcie w komentarzu! 

A tak żeby post nie był jednoznacznie n(i)egatywny:

Tak, jest to pasja, którą można zarażać.
Tak, można dzięki niej poznać fantastycznych znajomych, a nie samych wrogów. 
Tak, sport to przyjemność, a nie obowiązek.


Tak, miłość do psów nie jest czymś, czego trzeba się wstydzić. 
Tak, psy mają osobowość i własne zdanie, które należy uszanować. 


Tak, zawsze możesz zrobić krok w inną stronę niż reszta i pozostać sobą. Namaste. 

sobota, 26 stycznia 2019

Życiowy poradnik: Jak być fotografem zwierząt i się nie zesrać?!

Oto kolejny z cyklu Życiowych poradników. Dzisiaj zajmiemy się tematem fotografowania i nie zesrywania się. Zapraszam do konsumpcji. <3

1. Zastanów się, czy jesteś FOTOGRAFI czy tylko PHOTOGRAPHY.
A tak serio, to może jakaś oryginalność? Jakiś pseudonim artystyczny, nazwa, nawet skrót od nazwiska? Cokolwiek.

Ale ogólnie mi chodzi o to, czy ty naprawdę sądzisz, że już teraz MASZ co pokazywać światu. No bo tak się składa, że zwykłe rozmazane tło już się trochę przejadło. Bokeh z lampek tym bardziej... Możesz od siebie dać nam c o ś więcej? Jakaś ciekawa kompozycja, twój własny styl? Zastanów się, co można zrobić, by patrząc na twoje zdjęcie od razu można by zgadywać, że jest twoje. I to wcale nie dlatego, bo jest takie jakieś krzywe i brzydkie.

2. Zainwestuj w cokolwiek z wymienialnym obiektywem.
Dobrze się  sprawdzi lustrzanka albo bezlusterkowiec. Wystarczy, że będzie można te obiektywy wymieniać i tyle.

Oto kilka niskobudżetowych propozycji dla Canonów. 
Zostały podane wraz ze wzrostem ceny.

HELIOS
Kultowy obiektyw Zenita o ogniskowej 58 mm.
Cena: +/- 100 zł (poszukaj najpierw na strychu, w piwnicy, w szafie, u znajomych czy krewnych)
Niezastąpiony, gdy potrzeba rozmazanego tła i magicznego swirly bokehu. Ale łatwo zastępowalny, gdy potrzeba obiektywu sportowego. Jest też ciężki. Na pewno nauczy cię manualnego ustawiania ostrości, nie ma innej opcji.

50 mm STM
Wdzięczna portretówka
Cena: +/- 250 zł
Konieczne STM, inaczej nic tym obiektywem nie zrobicie, bo jest plastikowy i bezużyteczny bez silnika STM. W przeciwieństwa do Heliosa ma AF. Robi dobre, rozmazane tło. Używa go często np. Bartek Cisek. Droższą propozycją jest 85 mm.

Teleobiektyw (np. 55-250 STM, 70-300 USM)
Długi i szybki drań. Dalekowidz.
Cena: +/- 600 zł
Jeśli chciałabyś pofocić coś dalekiego i ruszającego się, to potrzebujesz teleobiektywu. To znaczy 50tką czy 85tką tez na pewno zrobisz zdjęcia, ale na pewno ich mniej i nie z tylu odległości naraz. Wybierz pasującą dla ciebie ogniskową, a także wagę obiektywu (te starsze są bardzo ciężkie).

3. Przestań zatruwać życie tym biednym zwierzętom.
Czy naprawdę musisz ciągnąć tego psa za smycz, żeby ci zrobił to idealne ułożenie dupki? NO CHYBA NIE.
Naprawdę nie lubię takich zdjęć: wynaturzonych, ludzi bądź zwierząt w nienaturalnej pozycji, ze sztucznym wyrazem twarzy, z okropną kompozycją wyciągniętą w LR. A nie można prościej? Nie można temu psu rzucić patyczka, żeby wskoczył do tego krzaczka z kwiatkami? Albo pokazać smaka? Czy musisz specjalnie uczyć psa przytulania zamiast cyknąć coś ciekawszego, kiedy te psy faktycznie będą się razem bawić? Czy ty przypadkiem nie wkurwiasz się więcej niż robisz tych zdjęć? Chill.

4. Nie porównuj się do nikogo.
Czy tylko mi się wydaje, że czołowi psi fotografowie wzorują się na sobie? I to tak tłusto, jakoś niezdrowo. Na ich zdjęciach jest ta sama rasa, ten sam lis, ta sam sztuczka, te same kwiaty. Nuuda.

Może przestań wertować te wszystkie fanpejdże i instagramy? Zbierz się w sobie i stwórz coś swojego. Żeby inni teraz musieli kopiować CIEBIE. :')

Pamiętaj, że zawsze znajdzie się sławniejszy fotograf, ktoś z droższym, liczniejszym sprzętem i oprogramowaniem. Co cię to obchodzi? To w ogóle nie powinno cię zadręczać. Kup po prostu sprzęt, który ci się podoba i na który cię stać, a będziesz wyciskał z niego cuda.

Ponadto ja po przyglądaniu się naprawdę wielu fotograficznym fanpejdżom w przeszłości (obecnie już tego nie robię, bo to pierwszy krok do wzorowania się) stwierdzam, że wielu z nich ma... np. sprzęt za 10 tys. zł i ... szacunek do tego, co robi niewarty złamanego grosza. Oczywiście każdy z nich z chęcią skrytykuje twoje pasje albo twojego biednego, niewinnego pieska (bo czemu nie?!), przy czym sam... będzie nieudaną kopią innego nieudacznika.

5. Zastanów się nad drogą, którą podążasz.
Jest wiele tendencji zwierzęcej fotografii.

Oto przykładowe:
- psy w 213423548 gatunkach kwiatów
- psy na zawodach
- psy w górach/na skałach
- psy militarne
- szczeniakofotografia
itd.


 Osobiście uważam, że nie ma powodu, byś miał podążać którąkolwiek drogą, która jest już wydeptana. Poszukaj własnej, skręć, rozejrzyj się. Może poczekaj aż coś samo ci wpadnie do głowy? Ewentualnie, kiedy faktycznie coś lub ktoś na ciebie wpadnie... Przecież zdjęcie robione w trakcie upadku musi być genialne!

No i jeszcze raz powtórzę: przestań tym zwierzętom zatruwać życie. Fotografuj je, kiedy są wolne.
                                                      ~~~***~~~
Teena      &      Karoleen PhotoPetsitter

środa, 16 stycznia 2019

Życiowy poradnik: Jak być organizatorem i nie wku...rzać uczestników?

Nie będę się rozpisywać we wstępie. Chyba łatwo zrozumieć o co chodzi: jesteś organizatorem spotkania/spaceru/seminarium/treningu i teoretycznie maarzysz o tym, by wszystkim się na nim podobało. Jak tego dokonać?


1. NIGDY nie odchodź z miejsca punktualnie.
Możesz nawet napisać uczestnikom, że zbiórka jest o 10 min wcześniej niż będzie naprawdę. W taki sposób faktycznie wszystko odbędzie się zgodnie z twoim biologicznym zegarem. Ale jeśli napisałeś, że zbiórka o 9.00 i o tej godzinie oddalasz się z miejsca razem z tymi, którzy już zdążyli przybyć, to... To jest NIEGRZECZNE. To jest Polska, nie Japonia, skurczybyku. Polacy mają w genach spóźnialstwo i pech (przypomnieć ci nasze położenie na mapie? dwie wojny światowe? potop szwedzki? skarpety w sandałach?). Może ktoś utknął w korku? Albo pomylił linie? Albo jego pies symulował konieczność amputacji łapek, a po 10 min nagle ozdrowiał? To się zdarza.

Zawsze poczekaj na innych 10-15 min. To będzie ok i nikt nie będzie was szukał po polach, lasach i ciemnych dolinach, ok? Niestety to z autopsji.

2. Zapodaj  k l a r o w n e  informacje.

Oto przykładowy szablon.
Wydarzenie: /nazwa wydarzenia/
Czas: /dzień/, /godzina/
Przewidywany czas trwania: /zakres godzin/
Miejsce zbiórki: /dokładne miejsce/
Najbliższe przystanki, punkty orientacyjne: /miejsca/
Co należy zabrać: /ekwipunek/

To + krótki opis, co będziecie robić naprawdę wystarczy.
To nie jest bitwa na komedię i tragedię starożytną.
Btw, ostatnio zakwalifikowałam swoje wydarzenie z braku laku do kategorii "Komedia".

3. Podaj swoje dane kontaktowe. 
Raz się przekonałam, że i czekanie 15 min nie wystarczy. Kiedy ja byłam zajęta prowadzeniem grupy psów i ludzi, ktoś napisał do mnie na messengerze, że idzie z psami i się spóźni. Wiadomość trafiła do inne. Jak ja miałam to odczytać na czas? No i tej osoby z nami nie było, bywa.

Dlatego podaj SWÓJ NR TELEFONU. Jeśli będą ci spamować, to ich zablokujesz, trudno. Kiedy byłam na WOŚP Dogtrekking to taka opcja się naprawdę sprawdziła. Parę osób się do nas przyłączyło później, dzwoniąc do organizatorów z pytaniem gdzie jesteśmy.

4. Przemyśl charakter wydarzenia i kogo zapraszasz. 
Powiem wam szczerze - ja i mój drugi organizator mamy takie osoby, które zobaczone przez nas na naszym spacerze dostałyby wojenny okrzyk WOOOON MII STĄĄD (ew z mojej ziemi). Albo coś bardziej wulgarnego w moim przypadku. I to niestety nie bez powodu. Dlatego, zastanów się, czy lepiej w twoim przypadku zrobić wydarzenie publiczne czy prywatne. I zastanów się dwa razy, zanim kogoś na nie zaprosisz. Również różni się takie wydarzenie dla miasta od tego dla 3 osób.

Osobiście najbardziej nie cierpię, nienawidzę, nie dzierżę osób, które wbijają na spacery, udają kumpli, a za plecami obśmiewają cię z powodu twojej sytuacji życiowej. I że "nie zasługuję na bordery", ja prdl. DNO. Każda taka osoba i jej psiapsióła - powiem to teraz wyraźnie - macie gorzej niż żółtą kartę (jak prostytutki, których z kolei nie potępiam, bo każdy ma prawo decydować o swoim życiu). Dlatego oni mają g o r z e j niż żółtą kartę. Gdybym choć jedną taką buźkę spostrzegła na moim własnym wydarzeniu, to mogłoby się skończyć nieciekawie. Ja NIGDY nie twierdziłam, że mam nieograniczone pokłady cierpliwości. ;)

Oto plusy i minusy wydarzeń publicznych vs prywatnych:

Publiczne:
+ będzie więcej uczestników
+ można je nagłośnić
- każdy, nawet debil je może zobaczyć
+/- mogą pojawić się - cytuję kogoś - "randomy"
To ostatnie jest dyskusyjne, bo nieraz miałam takie randomy i było miło, i przyjemnie.

Prywatne:

+ małe wydarzenie w gronie najbliższych
+ kontrolujesz, kto je zobaczył
- niewielu uczestników

5. Pomyśl choć chwilę nad trasą.
A jak masz drugiego organizatora i on nie jest twoim wymyślonym przyjacielem, to pomyślcie wspólnie (pozdrawiam cię, Zosiu!). Jeśli to zwykła wycieczka, to okej, możesz nie myśleć. Ale jeśli to np. spacer sportowy to trochę słabo, że znajdziecie się na bite godziny w gęstym gąszczu albo jeśli to fotospacer - nie będziecie wiedzieć, gdzie będziecie robić zdjęcia (znowu pozdrawiam!). Ale spokojnie, to się wyklepie, na następny spacer już będziecie lepiej przygotowani. To znaczy m o ż e, może będziecie. Chyba warto być optymistą...

6. Myśl o swoich uczestnikach.
Czy każdy jest w stanie przejść waszą trasę?
 Czy ona jest bezpieczna?
 Czy pomyślałeś choć raz o tym punkcie wyżej? 
Możesz spokojnie zaplanować przejście przy sklepie albo wbić z uczestnikami do burgerowni (polecam Przystanek Burger <3), jeśli jesteście w mieście, cokolwiek. Albo chociaż poczekajcie, gdy ktoś pobiegnie przytulić krzaki (bo co innego mógł tam robić?). Czasami da się rozstawić grilla, rozłożyć koc i turlać się beztrosko na trawie, strzepując z siebie resztki zimowego tłuszczu.

No i ten, przeciętne wydarzenie trwa 2,5 h. Możesz je zaplanować na dłużej lub krócej, ale czy to ma zawsze sens? Nikt ci nie przyjedzie spoza miasta na 15 min i niewiele również osób jest w stanie iść przez 10 godz (pozdrawiam cieplutko Wild Dogs Team, my to jesteśmy twarde sztuki! <3).


piątek, 7 lipca 2017

Zwariowane dni

Można by powiedzieć, że należę do dość pokręconych osób. Takich, które potrafią popatrzeć sobie w twarz i się z niej zaśmiać, mają dystans do siebie. Kto wie, może to pewna technika przetrwania w tym całym zawirowanym świecie. Moim świecie. Generalnie moja teoria głosi, że ja specjalnie popełniam błędy, bo podświadomie chcę, by coś się działo. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, po prostu ze mnie pechowiec. Taki, który nie widzi problemu w tym wszystkim, to jest zwyczajnie zabawne.

I się zaczęło. Postanowiłam sobie, że właśnie w ten dzień wezmę psa i pojedziemy na Bagry (krakowskie jezioro). Przyznaję, nigdy tam nie byłam. I pogoda nieszczególnie chciała współpracować. Jednak ja tak mam. Chcę teraz, zaraz i po to idę. Droga na Bagry z przeciwległego końca miasta to, krótko mówiąc, katorga. Jedzie się bardzo długo i co pewien czas przesiada. I wiecie co? Byłam już na przystanku, na którym od Bagrów dzielił mnie jeden autobus. Niestety się odwróciłam. Chmury ułożyły się w typową burzę. No nie! Tu już nawet nie chodziło o mnie i o psa. Jak zmoknę, to przeżyję (właściwie to nawet wzięłam parasol). Tylko że nikt nie miał pojęcia, gdzie byłam i co będę robić w przypadku ewentualnej burzy. Nie chciałam, by ktoś się o mnie martwił w tak beznadziejnej sytuacji jak ta, w końcu to już nie spacer po okolicy, tylko znalezienie się na drugim końcu miasta w nieznanym miejscu. Stchórzyłam i przeszłam na powrotny przystanek.

Jak się domyślacie, burzy oczywiście nie było. Wracając, postanowiłam, że na przekór nie zmarnuję tego dnia. Wysiadłam przy małym parku, w którym nigdy nie byłam, choć przejeżdżam tędy dzień w dzień. Miał nawet wybieg dla psów. Okropnie nudny park. Mimo śladowej energii, podjęłam się drugiej próby i wysiadłam przy kolejnym parku. Tym razem dobrze mi znanym, bo znajdującym się półtora kilometra od domu. Jego niewątpliwą zaletą jest rzeka, która daje możliwość wodowania psa. 
Tutaj wygłoszę swoją kolejną teorię. Świat daje ci profity za możliwość skopania ci tyłka, czyli inaczej mówiąc, po doświadczeniu pewnej ilości zła, doświadczasz pewnej ilości dobra, żeby zbyt szybko się nie zabić. Ot, dla równowagi. Działa też w przeciwną stronę. W takim właśnie momencie spotkała mnie iskierka radości. Teena jako konik morski beztrosko biegała sobie za patykiem, sadząc susy przez wodę. Wtedy to udało mi się ją wykiwać (bo kto powiedział, że iskierka radości nie może być demoniczną iskierką). Przyglądnęłam się dnu, aby nie przesadzić (nie umiem pływać tak w razie czego) i rzuciłam umyślnie patyk tak, by z powodu braku gruntu pod nogami suczka była zmuszona do płynięcia. Udało się! Tego się nie spodziewała, cwana! Prawdopodobnie próbując nieco walczyć o życie (demoniczna iskierka?) i uniknąć zatonięcia, musiała w końcu poruszyć tymi nogami w wodzie. Niezmiernie się ucieszyłam, bo przypominało to przez kilka sekund pływanie, a ten pies bynajmniej nie ma pojęcia, co to znaczy.



Potem spotkała nas w sumie na swój sposób miła sytuacja. Pańcia, widząc że pies po wyjściu z wody dostawał głupawki (takiej w której się pędzi jak szalony), postanowiła to wykorzystać i podeszła do przypadkowych właścicieli psów (jamnik i dwa foksterriery), aby nakłonić łaciatego konia do zabawy. Na reakcję fokterrierki nie musiałam czekać, bo widać było, że ma dużo energii, a jamniczek nie był skłonny do psot. Początkowo Teena jak zawsze okazała rezerwę, ale przy zachętach (wredna pańcia wprawdzie rzadko, ale raz na pewien czas każe pieskowi sobie radzić samemu) udało ją się przekonać do wspólnego pobiegania. Dla nas to korzystne, bo Teena już od lat nie mogłaby się wpisać w kolorowy (i równocześnie ryzykowny) obrazek z psich wybiegów, zamiast tego woli spacer co najwyżej ze znajomymi psami i ewentualnie krótkie powitania, zabawy są rzadkie. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, nie można odmówić wspólnej zabawie psów zalet takich jak szybkie spalenie energii i wyrabianie mięśni (gwałtowne zawroty, skoki, przewroty), a przy zmarnowanym dniu właśnie tego potrzebowałyśmy! Obserwowałam w takiej sytuacji jej słabsze momenty, sposoby wyjścia z sytuacji i co ważne - radzenie sobie bez użycia zębów i napadów histerii. Nie powiem, potrafiła przerywać i kontynuować zabawę, i to naprawdę w dobrym stylu. Jestem dumna.

W naszym szalonym życiu nigdy nie brakuje też zbytniego spokoju, więc przytrafiła nam się również piesza wyprawa na inne jezioro, które wspaniałomyślnie znalazłam na mapie google. Cóż, tu dużo pisać. Okazało się, że zbiornik jest prywatny i ogrodzony, bo należy do ośrodka badawczego roślin, który dodatkowo utrzymuje konie. Widziałyśmy więc z bardzo bliska sympatycznego białego kucyka, którego Teena się bała. Wracając, stwierdziłam, że pójdziemy do jeszcze jednej pobliskiej miejscowości, aby chociaż nabić trochę kilometrów, skoro nie dotarłyśmy do rzeki. Niestety, zgubiłyśmy się. W pewnym momencie, po wyminięciu wszystkich domów, zeszłyśmy do lasu, nie znałam tej jego strony, ale byłam pewna, że wiem, gdzie jestem. Przeceniłam u siebie jego znajomość i dotarło do mnie w którymś momencie, że nie mam pojęcia, co to za ścieżka i że możemy w ogóle nie trafić na te nam znane. Na szczęście udało nam się tą samą trasą wyjść, co weszłyśmy. Wciąż miałam jednak z tyłu głowy niepokój, bo nie potrafiłam znaleźć w tej wiosce drogi do domu. I tutaj pierwszy raz tak zgubiłam się na spacerze oraz pierwszy raz, naprawdę pierwszy w moim życiu, posłużyłam się mapą w terenie. Taką na telefonie, bo przecież materialnej nie mogłam sobie wyczarować. Na szczęście się udało i kamień spadł mi z serca, kiedy rozpoznałam znaną mi polną ścieżkę.

Wiedziałam, że trzeba sobie zrekompensować to jeziorko (a raczej jego brak), więc nazajutrz wsiadłam w autobus i pojechałam z psem nad zalew, o którym dowiedziałam się z lokalnej psiej grupy. Ten wyjazd akurat był naprawdę udany. Trafiłyśmy nad naprawdę ładne jezioro otoczone parkiem. Posiada ono coś, co można by nazwać plażą, choć nie jest to do końca trafne określenie. Przypomina to raczej miejsce, gdzie fale morza  stykają się z lądem i obmywają piasek, ponieważ suchego piasku tam po prostu nie ma. Ochoczo zdjęłam buty (choć nikt tego poza mną nie robił) i weszłam tam z psem, bo pseudoplaża jest naprawdę sympatyczna! Udało się wtedy nakłonić Teenę, by przeszła razem ze mną przez granicę plaży i weszła do głębszej wody. Wygląda na to, że wtedy pierwszy raz w życiu naprawdę pływała, czasem stylem konika morskiego, ale ogólnie widać było, że pies jednak wie, w jaki sposób można płynąć.




Kolejnym naszym takim wypadem było lawendowe pole. I tutaj, kiedy nawigacja zawiodła, przydały się moje niesamowite umiejętności prowadzenia po mapie google, które nabyłam kilka dni wcześniej. Pojechałam tam razem z tatą i, no cóż, wiadomo jak to musiało być z psem, który ma lęk separacyjny. Nie pomagało też ostre światło, które sprawiało, że na ekranie aparatu prawie nic nie widziałam, a przecież na heliosie muszę cały czas kontrolować ostrość. No nic, kilka zdjęć się udało zrobić. Część podgatunków lawendy naprawdę mi się podobała, ale niestety chyba ani jeden nie miał już zapachu.

Naszych wakacyjnych tripów nie ma końca i dziś wybrałyśmy się ponownie nad zalew, ale tym razem z Martą i Figą. Trochę wstyd, bo znamy się od 4 lat, a psy dopiero pierwszy raz jechały razem autobusem! Autem już im się raz zdarzyło. Po jeździe poprzedzonej próbą pocięcia mnie kagańcem (dzięki, łaciata suczo, też cię kocham), poszłyśmy w to samo miejsce, na moją nową plażę i znów postanowiłam spróbować wodować Teenę. Tym razem niestety suczka wykazywała jakieś opory przed zejściem z tego ograniczenia plaży i wejścia do wody, więc widząc zabawkę poszczekiwała i piszczała, nie chcąc wejść do głębokiej wody. Postanowiłam w takiej sytuacji ją po prostu do niej delikatnie włożyć, bo już się w niej znalazłszy nie protestowała i nie uciekała, tylko chciała zdobyć zabawkę, by dopiero wtedy wybiec z nią na brzeg. Po kilku takich próbach już sama wchodziła ze mną do głębokiej wody i nie wynosiła zabawek. Wymyśliłam też głupawą zabawę, by pomóc jej w pływaniu. Sucz chwytała pullera, a ja powoli ciągnęłam ją w wodzie niczym dmuchany ponton. Wygląda na to, że jej się to podobało, bo jakby nie patrzeć, w ten sposób była ciągnięta ku powierzchni i łatwiej się przy niej utrzymywała, a chwyt zabawek ma pewny i mocny, więc nie stanowiło to dla niej problemu. Później poszła w ruch piłeczka, którą na końcu jej rzucałam i biegłam w kierunku, a ona musiała płynąć i ją przechwycić. Nie omieszkała też się poszarpać w wodzie na własne życzenie, bo czemu by nie.

Następnie porzucałyśmy trochę psom, poćwiczyłyśmy jakieś sztuczki i poszłyśmy do budki w parku na frytki. Wracając, okazało się, że genialnie wstrzeliłyśmy się godzinowo ze spacerem, bo jadąc autobusem, widziałyśmy ulewę, a nad jeziorem co najwyżej ledwie że kropiło i to tylko przez krótką chwilę. I tak miałam parasol, więc wróciłam do domu całkowicie sucha.





Co jeszcze zamierzamy zrobić? Na pewno postaram się o jeszcze jedną hopkę do agility, bo niestety ciągle nie możemy się dostać na zajęcia w klubie. Poza tym może uda nam się wziąć udział w jakichś psich wydarzeniach czy wyjść z jakimiś innymi psiarzami na spacer, kto wie. Nasz ostatni rekord to 13 km (przekłamany, bo na pewno miałyśmy 14, ale nieważne), więc z pewnością postaramy się uzyskiwać podobne wyniki, a być może nawet go pobić! Innym naszym sukcesem jest nauczenie psa wersji slalomu między nogami, gdzie ja idę tyłem, a on przodem, teraz to tylko szlifujemy. Kupiłyśmy też nową obrożę z furkidz, z której jestem zadowolona, choć na początku wydała mi się dziwaczna i matę chłodzącą. Pewnie zamówię też nowe fastbacki, choć kusi też klatka portable. Ale czy ona w ogóle nam jest potrzebna? Sama nie wiem. :)  

piątek, 16 czerwca 2017

3 rzeczy, których Polska może uczyć się od Austrii

W związku z moim kilkudniowym pobytem w Austrii z klasą, mogłam, nie mając przy sobie własnego, obserwować austriackie psy i ich życie w tym kraju. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Laaben oddalonej o 50 km od Wiednia, do którego stamtąd codziennie podróżowaliśmy. Dla ciekawych, z wyglądu wiejska, austriacka miejscowość wielu z nas kojarzyła się z Zakopanem i podobnymi miastami na południu Polski. Dla mnie, osoby interesującej się psami, istniały znaczące różnice.


Oto 3 rzeczy (w kontekście psów), których Polska mogłaby uczyć się od Austrii.

1. Psy na wsi wychodzą na spacery i nie są na łańcuchu.
Jadąc przez Austrię, naprawdę nie sposób było dostrzec jakiegokolwiek psa, który ujadałby przy budzie, mając na szyi krótki łańcuch. To widoki typowo polskie, ale na pewno nie austriackie. To też nie tak, że wszystkie psy mieszkają tam w domach, widziałam może kilka razy budy (które z kolei były zadbane, porządne), ale nigdy nie spostrzegłam burka ujadającego żałośnie na łańcuchu, których można bez liku zliczyć na polskich wsiach. Co zamiast tego? Psy wychodzą tam na spacery! Tak, w tej małej wiosce właściciele biorą smycz i zabierają swoje czworonogi na spacer, co u nas niestety dalej wydaje się nieprawdopodobne. Naprawdę cieszyłam się, widząc ten kontrast. Psy muszą być tutaj postrzegane jako coś więcej niż przedmiot, który się uwiąże i zostawi samemu sobie, a Austriacy są świadomi, jakie obowiązki niesie za sobą jego posiadanie.


2. Kosze na psie nieczystości i darmowe woreczki są powszechne.

 Chodząc po Laaben, mijałyśmy czyjeś pasące się stado owiec, na wzgórzu widziałyśmy stojące tam konie, a przy ulicy... kosze i worki na psie odchody! Wydaje mi się to o tyle absurdalne, że mieszkam w Krakowie, drugim największym mieście Polski zarówno pod względem ludności, jak i zajmowanego obszaru, a rzadko kiedy widuję tam jakiekolwiek kosze na psie odchody, o bezpłatnych woreczkach nie wspominając. Worki po Teenie często muszę wyrzucać do zupełnie innych koszy, nie mając innego wyboru.  Tymczasem tam, w Laaben, czyli malutkiej miejscowości, ludzie mają to po prostu zapewnione, a dzięki temu, że worki są biodegradowalne, dodatkowo dbają o środowisko. Jak podobne inicjatywy kończą się u nas w Polsce? Madki biorą psie worki jako woreczki na kanapki, zapasy przy koszach szybko się kończą i nie są uzupełniane albo w ogóle kosze są niszczone.





3. Psy nie wychodzą w kolczatkach, a w... szelkach!
Przyglądając się psom w Austrii, zwłaszcza tym dużym, szybko doszło do mnie, że na ani jednym z nich nie widziałam kolczatki. Nawet te największe i najsilniejsze psy chodziły w szelkach, co lepsze - najczęściej w guardach. Było dla mnie to odrobinę zaskakujące (domyśliłam się wprawdzie, że Austria musi należeć do krajów, gdzie awersyjne narzędzia są zakazane, ale sprawdziłam to dopiero później), gdyż u mnie kolczatki daleko nie muszę szukać - chociażby sąsiedzi z góry prowadzą na niej beagle'a, oczywiście w pakiecie z flexi wprowadzonej od początku życia i brakiem szkolenia. Aż dziwne, że ciągnie.

Wracając do tematu, w Austrii można znaleźć psy praktycznie tylko prowadzane na szelkach, rzadziej na obrożach. W Baden zaś dominowały dodatkowo szelki bezuciskowe. Czy zatem właściciele tych psów byli przeciągani na drugą stronę ulicy przez swoje czworonogi, po ulicach błąkały się dzikie sfory psów, które w ten sposób uciekły, a te kraje zdobywały gorsze wyniki w sportach? Właśnie problem w tym, że nie. Co zabawne, jest wręcz przeciwnie i prędzej ten opis pasuje do Polski. Ludzie nie mają żadnych problemów z prowadzeniem swoich psów. Czy zatem te psy są jakieś inne, a może ludzie nie są ci sami? Tutaj nasuwa się pytanie, jak tutaj radzi się z problemami psów typu agresja, problemy z ułożeniem, problemy w sportach, które wszędzie występują, bo skoro awersyjne narzędzia są zakazane, to w użyciu awersji nasze pole manewru jest naprawdę ograniczone (jeśli nie ma oczywiście graniczyć z okrucieństwem wobec zwierząt lub zwykłą głupotą). Co się wtedy robi? Czy to ma coś wspólnego z naszą polską mentalnością, że nie umiemy w tej chwili znaleźć odpowiedzi, nie umiemy poradzić sobie inaczej? Więc jak jest?

...
Trzeci punkt to punkt otwarty, zawiera wiele pytań, które mają skłonić Was do zastanowienia się przez chwilę. Jeśli ktoś chciałby podzielić się swoimi wnioskami, to zapraszam, chętnie je przeczytam i się również nad nimi zastanowię. Ponadto, gdyby ktokolwiek z was miał rzetelne, sprawdzone informacje nt. szkolenia psów w Austrii, Szwajcarii, Norwegii, Szwecji, Finlandii, Australii, Nowej Zelandii czy we Włoszech, tego jak to tam wygląda, to bardzo proszę, jestem tego bardzo ciekawa i chętnie dowiem się o tym dowiem.

Edit: Potem natrafiłam na artykuł, w którym opisano więcej austriackich zakazów wobec właścicieli psów, jak np. zakaz trzymania psów na łańcuchach. Zapraszam do przeczytania! 

czwartek, 30 marca 2017

Spontaniczny wypad na Błonia

W związku z trwającymi rekolekcjami dostałam w pakiecie nieco wolnego. Nie ukrywam, całkiem szybko i dość spontanicznie wpadł mi do głowy pomysł, jak je wykorzystać. Do tego doszedł jeszcze fakt, że zbliża się organizowany przeze mnie spacerek. W takich okolicznościach odpowiedź na pytanie, co będziemy robić w nasz całkowicie wolny dzień była prosta - jedziemy się socjalizować!


 Błonia jakoś tak od razu wpadły mi do głowy. Miało być rano, w samym środku tygodnia, więc na pewno ilość bodźców będzie można łatwo kontrolować. Ponadto niedługo przed tym zakupiliśmy kaganiec fizjologiczny, który miał być moim niezwłocznym zakupem po tym, jak pies w swoim plastiku w czasie podróży na Rynek zaczął zachowywać się, jakby nie mógł oddychać. Kiedy kaganiec już się u nas znalazł (a towarzyszyła temu również wyprawa na psi wybieg i socjalizacja z retrieverami), od razu pies był do niego pieczołowicie przyzwyczajany. Nie ukrywam, w dużej mierze dlatego, bo ciągle nie byłam pewna, czy to dobry rozmiar.



Pies, widząc że nasz spacer nie będzie dziś tylko spacerkiem, od razu się rozentuzjazmował. Podczas jazdy w autobusie, kiedy już zajęliśmy miejsce (nie ma to jak robić z kimś wyścigi, nieprawdaż?), swobodnie chłodził się w swoim nowym namordniku. Długo nikt się do nas nie dosiadł, czyżby czarna puszka na pysku nie wyglądała zachęcająco? Oczywiście w końcu ktoś się jednak odważył, a Teena jak to Teena, lubi sobie przekraczać czyjeś przestrzenie osobiste, więc chętnie kładła na innych swoją dupkę czy wąchała głowę osobie znajdującej się przed nami. Po wysiadce z autobusu od razu pojenie i możemy ruszać! Po dostaniu się na Błonia, zaczęłyśmy wypatrywać psów. Oczywiście łąka świeciła nieco pustkami, tak jak przewidywałam. Pierwsze zetknięcie odbyło się z shih tzu, sucz nie wykazała chęci na bliższy kontakt, ale właściciel okazał się dość ogarnięty i po prostu kazał psu iść dalej. Następny pojawił się golden, który przebył naprawdę długą drogę, by do nas dotrzeć (no, właściciele...). Decyzja została podjęta. Psu powiedziałam komendę "siad", ku mojemu zaskoczeniu, posłuchał, co przyhamowało złocistą kupę futra. Później Teena wstała i obwąchała się z lękiem, ale jednak, a golden nie był nią już tak bardzo zainteresowany i stanął koło mnie. Kolejny był seter(ka?), procedura ta sama. U tego to dopiero odmalowało się na pysku zdziwienie! Obszedł bokiem, patrzył ze zdziwieniem i finalnie zainteresował się mną (jedzenie), a Teena już w ogóle się nie bojąc, obwąchała go sama.  Muszę powiedzieć, że jestem z niej potwornie dumna! Zazwyczaj próba wydania jej komendy, kiedy podchodzi prosto do niej (ba, te podbiegały!) skończyłaby się fiaskiem, zawiesiłaby by się, wpatrując w psa i od razu wchodząc w interakcję. Tutaj jedno słowo wystarczyło, by nastąpił zaraz czyn i pies po prostu zdał się na mnie, co jak widać bardzo dobrze zaowocowało.




 Po małych problemach, potem trafiłyśmy do Parku Jordana, który znajduje się zaraz obok. Nie było tam zbyt wiele do roboty, obeszłyśmy kawałek, próbowałyśmy robić zdjęcia w kwiatach, ćwiczyłyśmy na jednej z części drewnianej siłowni na zewnątrz. Pokręciłyśmy się niedaleko stawiku i wyszłyśmy, a potem znów szłyśmy na autobus przez Błonia. Po tych wszystkich wrażeniach, udało nam się dorwać miejsce siedzące w autobusie. Pieseczek tym razem trochę kręcił, a posadzenie go w stronę otwartego okna okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ziając, postawił sobie łapkę pod szybą i patrzył na świat, z perspektywy kierowców, musiało wyglądać to naprawdę komicznie i uroczo.









Odsypianie trwało cały dzień, a teraz znów jesteśmy gotowi na nowe wyprawy!




Trzymajcie kciuki!

sobota, 4 marca 2017

12 słów, których psiarz używa inaczej

W dzisiejszym poście postaram się wam przedstawić kilka wyrazów, które dla psiarzy może mieć inne niż zazwyczaj lub całkowicie specyficzne znaczenie. Jak wiadomo nieznajomość słów może rodzić nieporozumienia, dlatego uważajcie na to, co mówicie. ;) 
 
.Maść.
O ile terminy takie jak "umaszczenie" czy "ubarwienie" (już nie wspominając o zwykłym "kolorze") są przeciętnemu Nowakowi znane, tak słowo "maść" będzie zapewne kojarzone z postacią leku, czyli po prostu z maścią, którą wyciska się z tubki.

.Seminarium.
Kiedy w rozmowie napomkniecie o tym, że zamierzacie wybrać się na seminarium, nie powinno zdziwić was, że nikt z niepsiego środowiska, nie domyśli się, że chodzi o szkolenie psa. O ile osoby edukujące się mogą skojarzyć to z jakimś zwyczajnym wykładem, to musicie liczyć się też z tym, że część osób pomyśli, że chodzi o seminarium duchowne i, że planujecie zostać księdzem...

.Znaczenia, maska, podpalanie.
Dobrze pamiętam (ba, posiadam) moją pierwszą książkę o rasach psów. Przy rasie, która mnie zainteresowała widniało "maść czarna z białymi znaczeniami". Znając rasę, domyśliłam się, że musi chodzić o charakterystyczne łaty. Jednakże przeciętny człowiek kojarzy słowo "znaczenie" jako "sens", więc nie dziwcie się, że nikt was nie zrozumie, a wręcz wpadnie w konsternację, kiedy usłyszy, że "pies ma białe znaczenia". Podobnie będzie z maską i podpalaniem.

.Szelki.
Moja mama nazywa je "puszorkiem", mój tata "homontem" lub "uprzężą", a brat "obrożą". Jak widać, słowo szelki, w odniesieniu do uprzęży dla psa, dla niektórych osób w ogóle nie istnieje. "Kupiłam szelki" może zostać niewątpliwie zrozumiane jako "kupiłam szelki do spodni", mimo że ten element garderoby raczej już należy do rzadkości.

.Trufla, fafle, kufa, stop.
Cztery kolejne słowa to perełki kynologii, których już rzadko kto używa (mówię teraz o psiarzach). Widziałam nawet na jakiejś grupie o psach rozmowę, w której padło pytanie o to, czym jest trufla u psa. Trufla to po prostu nos u psa, ale także rodzaj grzyba oraz cukierka, więc w sumie nie dziwię się, że mogą powstać nieporozumienia. Fafle to górne wargi. Kufa to to po prostu pysk. Natomiast stop to miejsce przechodzenia czoła psa w kufę, ale także oczywiście komenda do zatrzymania się i mieszanina metali.
.Popęd.
Psiarze używają słowa popęd w znaczeniu "popęd łupu", jednakże słowo to ma bardzo dużo znaczeń. Generalnie w samej psychoanalizie popędów jest bardzo wiele, ten termin ma także swoje znaczenie w fizyce, jednakże połowa społeczeństwa kojarzy jedynie "popęd płciowy", więc "pies z dobrymi popędami" nie zabrzmi dla nikogo przekonująco, wręcz myślę, że podczas rozmowy takie wtrącenie mogłoby wywołać pytające i zniesmaczone spojrzenie.

.Koziołek.
Przy zastanawianiu się, czy mamy w sportach jakiś element o charakterystycznej nazwie, wpadł mi do głowy koziołek, czyli po prostu aport, hantel. Zastanawiam się w sumie, kto mógł wpaść na tę dziwną nazwę i do czego ma nawiązywać - czy do elementu w warsztacie, koziołka do skakania, może do samego samca kozy czy sarny. Jakkolwiek by nie było, aportowanie koziołka przez psa nie brzmi zbyt zachęcająco. ;)

A Wy, znacie podobne słowa?

~~Kącik blogowy~~Jako, że z jednej strony czuję potrzebę opisywania naszego życia, a z drugiej pisania postów tematycznych, to wymyśliłam kompromis, którym będzie kącik blogowy, którego będę używać, kiedy nie będę miała dość tekstu, by napisać osobny post.

W poniedziałek Teena pozytywnie mnie zaskoczyła, będąc w parku spotkałyśmy chodzące sobie między alejkami dzikie kaczki (nie jest to dla mnie żaden nadzwyczajny widok). Będąc ciekawa, jak wygląda obecnie nasze przywołanie, wskazałam je palcem. Pies dopiero wtedy spostrzegł "zdobycz"  i zaczął się charakterystycznie skradać, a wtedy na jedno zwykłe "Teena" (nie wołałam, tylko to powiedziałam) od razu odwrócił się do nich tyłem i zaczął wykonywać sztuczki, choć ptaki przykucnęły na trawie parę metrów dalej. Zachowywał się, jakby całkowicie o nich zapomniał (może faktycznie tak było?). Przyznam, że pękałam z dumy. Ogólnie podoba mi się karność mojego psa, nawet mimo cieczki (potrafiła zignorować na "nie, zostaw" samca, do którego jeszcze przed chwilą chciała dolecieć) mogę na niego liczyć. Myślę, że ostatnio zaczęłam dostrzegać, jaką przewagę niesie za sobą szkolenie i jak bardzo zmienia zachowanie psa i jego możliwości samokontroli, nawet jeśli jej nie dotyczy.

czwartek, 2 lutego 2017

Czy istnieją szelki idealne?

Nie.
Dziękuję bardzo za przyjście i pozdrawiam. Cześć!
Film dla tych, którzy są oporni i wciąż nie zrozumieli.

C-co? Wciąż tu jesteś? No to rozsiądź się wygodnie.

..CZEGO WYMAGAM OD SZELEK?..

.TRWAŁOŚĆ.
Nikogo pewnie ten punkt nie zdziwi. Przyznam za to, że mając psa gabarytów bynajmniej niedużych mogłabym ubrać go w jakąkolwiek szmatkę za grosze i na nic by to nie wpłynęło. Lubię jednak rzeczy, które są "pewniejsze", gdzie elementy nie sprują po jakimś czasie, a taśmy będą dobrze przymocowane. Tak samo właściciele większych czworonogów z pewnością preferują uprzęże, z których pies się na pewno nie zerwie po pociągnięciu, a jadąc autem mogą z czystym sumieniem przypiąć psa do pasów, jeśli takich używają. Ponadto z pewnością nikomu nie przypadną do gustu akcesoria, w których nagle zaczynają wystawać nitki czy materiał po prostu niszczeje.

.ESTETYKA.
To akurat pojęcie abstrakcyjne, bo dla jednych rajem dla oczu będą ruffki, a dla innych ładnie dobrane hendmejdy. Ja również jakiś swój gust posiadam, będąc (niestety) człowiekiem i po prostu nie kupię rzeczy, które są według mnie brzydkie. Niestety, ale widocznie nie wszystkie firmy pamiętają o tym, że mają do czynienia z ludźmi i być może dlatego do wyboru mamy często bardzo odpychające akcesoria. Wszelkim przesadom i nieestetycznym rozwiązaniom, które kojarzą się nam z dziadostwem mówimy nie!

.RĄCZKA.
Element jakże niedoceniany, a mi regularnie ratujący dupę. Moim zdaniem must have w szelkach. Znacznie bowiem mniej czasu zajmuje chwycenie za nią niż znalezienie w kieszeni smyczy i dopięcie karabińczyka. Dzięki rączce możemy zapewnić bezpieczeństwo psu, kiedy na horyzoncie pojawia się auto lub inny pies nieznajomych zamiarów. Niedawno sama się przekonałam, jak ten kawałek taśmy może pomóc. Razem z Teeną musiałam podejść pod stromą górę, której część była mocno oblodzona, co mocno utrudniało mi wspinaczkę i nieupadnięcie na ryj. Wtedy też do głowy przyszedł mi ciekawy pomysł: zawołałam psa, pochwyciłam rączkę i nakazałam mu iść przodem. Pies pociągnął mnie do góry, co znacznie ułatwiło mi wejście.

.ROZKŁADANIE CIĘŻARU.
Wiecie co zawsze dziwiło mnie w recenzjach szelek? To, że przy każdej widnieje coś podobnego "szelki dobrze rozkładają ciężar". Nieważne, że dotyczyły one najróżniejszych rodzajów szelek, czy były to norwegi czy guardy i gdzie miały przypięcie smyczy, wszystkie jakimś cudem świetnie sobie z tym radzą. A tak na serio to osobiście wolałabym, żeby zaczep na smycz nie znajdował się przy szyi ani też nie lądował przy zadzie, jeśli nie są to bynajmniej sledy, a znajdował się po prostu tam, gdzie ma być, czyli mniej więcej na linii przednich łap.

.KOMFORT.
Nie wiem, jak wy, ale nie chciałabym, by wąskie rzemyki wbijały mi się w brzuch i wchodziły w skórę, dlatego moim zdaniem dobrze by było, gdyby szelki miały nieco szerszą przestrzeń pod spodem, wpływa to także na punkt wyżej. Doceniam również wszelkie miękkie podszycia jak pianka, a potępiam ostre łączenia, które mogą spowodować zadrapania i wycieranie sierści. Komfort też ma to do siebie, że potrzeba by szelki nie robiły z psa szynki, ale też nie musiały wisieć jak pranie na sznurze. Nieźle by też było, gdyby nie krępowały ani jednej z jego części ciała.



.TEMPERATURA.
Co robisz, kiedy jest ci ciepło? a) wkładasz jak najmniej ubrań b) wkładasz kurtkę i szalik c) sandały i skarpetki. Oczywiście, że a i c, nigdy b! Natomiast co robi psiarz? Zakłada swojemu psu, który normalnie biega nago, najbardziej zakrywające szelki ze wszystkich... Nie będę tego komentować za bardzo, ale w temperaturach kiedy bynajmniej czujesz, że nie masz siły wyjść na dwór, nie masz na sobie czarnych dżinsów czy innych długich spodni. Dlaczego więc samemu się rozbierając, ubierasz niepotrzebnie swojego psa? Dlatego wszystko tylko z rozsądkiem, a moim zdaniem szelki powinny być zabudowane na tyle, by zapewnić te dwa punkty wyżej i nic więcej, zgodnie z zasadą "co za dużo to niezdrowo".

.WAGA.
Znasz to uczucie ze szkoły, kiedy twój plecak waży kilka kilogramów i trudno ci iść? Ja tak i wprawdzie po pewnym czasie się do tego przyzwyczajasz, ale to nie znaczy, że ciężar znika i jest ci lepiej.To samo odczuwa twój pies, który mimo naszych najlepszych chęci z pewnością wolałby na spacerze biegać w tym, w czym Mairlyn Monroe kładła się do snu (kumaci zrozumieją aluzję). Tymczasem tutaj małe przyrównanie wagi szelek.



.BRUDOODPORNOŚĆ.
Miło jest czegoś nie prać po każdym spacerze albo chociaż łatwo ten brud usunąć. Ja np. nie piorę psich akcesoriów w pralce, tylko doczyszczam ręcznie, a w ogóle to naprawdę rzadko jakkolwiek dbam o świeżość obróżek, smyczy itd. Dlatego też wszelkie bawełny, polarki i inne łatwo brudzące się materiały nie wchodzą w tym przypadku w grę, a szczytem marzeń byłaby taśma, którą można by całkowicie doczyścić po przetarciu gąbeczką.

.WYBÓR.
Jestem kobietą, a kobiety mają to do siebie, że nie lubią, kiedy cokolwiek jest im narzucane i zawsze chcą mieć możliwość wyboru (sorry, panowie). Kiedy go jednak nie ma, bo akcesoria występują w jednych i nieciekawych kolorach czy krojach, potrzeba wyboru pozostaje niespełniona, dlatego firma, jeśli planuje się jakkolwiek wybić, powinna w swojej ofercie zawierać jak najwięcej wzorów i modeli z myślą o tych, którzy chcą wyrażać siebie i nie mieć wszystkiego takiego samego jak inni.

.CENA.
Zawsze wychodziłam ze zdziwienia, jak duże kwoty ludzie są w stanie przeznaczyć na coś, co jest zwyczajnie modne. Czy gdyby cenę najmodniejszych uprzęży nagle zwiększyć do 300zł wciąż wszyscy by je kupowali? Odpowiesz, że nie, a ja, że tak. Tak działa rynek - kusi klientów i w odpowiednim momencie podwyższa poprzeczkę, a ludzie niczym... rozkoszne owieczki lecą do zagrody. Kiedyś 100 zł za szelki wydawało się być dużą kwotą, dziś to połowa normy. Ja naciągaczom daję żółtą kartkę i mówię stanowcze nie.


Chore dopiski niewiernej:
Mieszkając w pobliżu dobrze wyposażonych sieci zoologicznych takich jak Karusek czy Kakadu, mam dostęp do wszelkich pożądanych w tej chwili typów szelek i ich przymierzania, a także znajomych i sąsiadów, które takowe posiadają (owszem, u mnie co drugi pies zaczyna mieć ruffki, pewnie właśnie ze względu na Karusek), ponadto mam na swoim koncie nieciekawą ilość (nie)udanych zakupów uprzęży wszelkiej maści, które trzeba było sprzedawać lub zwracać. Obecnie w naszym posiadaniu są: Truelove Front Range, Happy Husky neoprenowe, Julius K9 IDC Power, szelki norweskie Kudłaty Art, szelki bezuciskowe. klik

W poście pominęłam punkt "odblaskowość", ponieważ zazwyczaj nie przemieszczam się z psem po ciemku, myślę jednak, że osobom o innych potrzebach bardzo spodobałyby się szelki z takimi zabezpieczeniami. Inną rzeczą jest też "szybkoschnący materiał", ale z powodu pewnych kłócących się ze sobą cech, wolę zostawić ten temat. Muszę też oddać honor juliusom, które mimo tego, że zyskały sprucia materiału, w czasie W uratowały życie łaciatej, przyjmując na siebie zęby wielkiego psa.

Czy znalazłam szelki bliskie ideałowi?
Tak. Są to u nas Truelove Front Range S zakupione rzecz jasna tutaj. Mierzyłyśmy również 2 konkurencyjne marki, ale skoro ich nie kupiłyśmy to musiały posiadać cechy, które nie spełniały naszych kryteriów (w przypadku Hurtty był to zbyt duży płat materiału, który znacznie blokowałby przy takiej budowie psa ruch przednich łap, poza tym sądzę, że są naprawdę fajne). Jedynym mankamentem naszych jest waga i nieco wzbudzające kontrowersje miejsce zaczepu smyczy (pośrodku), ale w tym przypadku zalety wygrywają z wadami. PS pamiętaj, że post został napisany z naszego punktu widzenia, a odczucia wobec uprzęży mogą się diametralnie różnić w zależności od jej rozmiaru i potrzeb danego użytkownika! A ty, posiadasz idealne szelki dla swojego psa? Podziel się w takim razie opinią w komentarzu!

sobota, 31 grudnia 2016

Co nam wpadło w łapki? Haul mikołajki/święta



Prezent na mikołajki: 
Obroża Pik Pik Jak ją wyjęłam, to bardzo się przestraszyłam jej szerokości (2,5) na tak małej szyjce jak teenkowa, ale teraz nie żałuję tej decyzji. Wzór bardzo do niej pasuje (liski), jedynie zatrzask mógłby mniej klekotać.


Prezenty na święta:
Bezrękawnik Cooky Nie znalazł się wprawdzie w paczce, ale przyszedł kilka dni przed świętami, więc postanowiłam go tutaj zaliczyć. Naprawdę ciepły, niestety trochę pogrubia.

Sirius owca Pies oszalał na jej punkcie i postawił sobie za osobisty cel jej unicestwienie, czyli bardzo się podoba.

Planet Dog Lil' Pup Orbee Elastyczna, skoczna i jest o co zaczepić kły. Nie wiem, czy przebija naszą legendarną Hoko Funny, ale na pewno nie żałuję zakupu. W dodatku jest bardzo fotogeniczna!

Kabanos Planet Pet Society Smaczek jak smaczek, nie ma co się rozpisywać.

Maced Spaghetti Idealna przekąska, gdy łaciaty piesek domaga się zbyt dużej ilości uwagi lub po prostu czegoś chce i nikt nie wie czego.

Upominek od Cooky Taka słodka niespodzianka na święta.

Alpha Spirit Kość hiszpańska mała Mam mieszane uczucia, na razie leży otwarta w lodówce. Niestety, ale ilość tłuszczu, jaka się na niej znajduje odstrasza przed daniem tego psu.

Bidon Kupiony przez siostrę i z odciętą metką, więc niestety nie wiem, jakiej jest firmy.

W drodze:
Truelove Front Range Harness Idą z Chin, więc nie wiem, kiedy dotrą.

Żegnaj '16, witaj Nowa Przygodo!

Każdy rok to Nowa Przygoda, czasem szczęśliwa, czasem nie, ale zawsze potrafiąca nas czegoś nauczyć i wzbogacić o nowe wspomnienia-doświadczenia.

Co przyniosła nam Stara Przygoda?

Nasz pierwszy kontakt z agility na prawdziwym torze. Nie należał w ogóle do udanych, ale trzeba kilka razy spaść z rowerka, żeby nauczyć się jeździć.

Niedługo potem udałyśmy się na otwarty trening obi pod okiem Moniki Kowalskiej z ObiFru Team, gdzie Teena super pracowała, opanowując swój lęk separacyjny, który to właśnie przeszkodził naszemu agi. Okazało się ponadto, że idzie nam całkiem nieźle i mam swojego Małego Geniusza.


Później znów spróbowałyśmy agi na tym samym torze, nie poszło dużo lepiej i pojawiły się nowe problemy, jak brak motywacji, no i... okropne błoto..., ale wierzę, że mimo zbyt wielkich utrudnień starała się nie poddawać.

Poznałyśmy na żywo Gabrysię i Lucky'ego, z którymi wybrałyśmy się na zakupy do Karuska i na bardzo fajny spacer, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze wybierzemy się na podobny.

Następnie zorganizowałyśmy TEENAge Dog Walk 2, na którym przedzierałyśmy się przez gąszcze z Martą od Mango, Gabrysią i Lucky'm oraz Eweliną i Daisy. Może kiedyś lepiej ogarnę organizację. :D


Udało nam się w tym roku pojawić na Marszu Azylanta, na którym mogłam zaobserwować diametralną różnicę w porównaniu do 2013. Teena czuła się bardzo pewnie, nie miała żadnych oporów do marszu w wielkiej hordzie psów i ludzi, co mnie niezmiernie cieszy. Miałyśmy też okazję poćwiczyć agi.

W wakacje zakupiłyśmy nasz mało profesjonalny (ale własny!) pięciometrowy tunel agility, który nam bardzo pomógł, a także hopkę z rurek, więc kilka razy ćwiczyłyśmy proste sekwencje na działce.

Przybyłyśmy również na wybieg dla psów, gdzie odbył się otwarty trening Bethoven szkoły dla psów, który wykorzystałyśmy głównie jako okazję do zapoznania z ogarniętymi pieskami, a także możliwość poćwiczenia w rozproszeniach, bo... "-To teraz poćwiczymy slalom!-Tyłem czy przodem?-...". :D


Pod samiutki koniec roku, bo 22 grudnia dane nam było wziąć udział w fantastycznym treningu agility w Białym Psie, który przerósł moje oczekiwania względem psa, i gdzie dodatkowo poznałyśmy Milenę&Cherry, które są z okolic miasteczka, do którego często jeżdżę w wakacje.

Poza tym: nowe tereny, nowe zdjęcia, nowe pomysły i naprawdę fajna Wigilia, na którą udało mi się kupić kilka od dawna planowanych prezentów. Myślę również, że znacznie lepiej nauczyłam się rozumieć swojego psa.

A jak zwykle należy przedstawić nasze postanowienia:
- kolejny raz przesunąć swój horyzont; dosłownie i w przenośni
- uczestniczyć w psich wydarzeniach 
- próbować nowych sportów, doskonalić się we frisbee i uczyć nowych czynności
- wziąć udział w semi (tak się składa, że jesteśmy już zapisane)
- być może pojechać nad morze
- robić jeszcze lepsze zdjęcia  (heheh, a to już poddaję ocenie innym)
- przenigdy się nie poddawać!


Nie wszystko się udało i są rzeczy, które mogłyby się potoczyć lepiej, ale wszystko ma swój cel, a stare błędy zawsze można poprawić.

Teraz pora na przyszły rok!
- pojechać gdzieś dalej i miło spędzić czas
- pojechać na Rynek Główny i zrobić upragnione zdjęcia
- zwiedzić z psem inne krakowskie miejsca, które planowałam
- organizować grupowe spacery
- utrzymywać stare przyjaźnie i poznawać nowych ludzi
- brać udział w kynologicznych wydarzeniach
- wędrować w poszukiwaniu nowych miejsc
- mieć powody, by uznać ten rok za udany!

Szczęśliwego Nowego Roku!

Trening agility w Białym Psie

Tego dnia wszystko wisiało na włosku. Jeszcze kilka godzin przed nie byłam pewna, czy w ogóle pojadę, bo życie jak zwykle lubi kłaść kłody pod nogi. Późna pora, godzina szczytu, mróz, nieznane miejsce i brak aprobaty. Mieszanka niezbyt smaczna, ale do przełknięcia. Godzina 17 dnia 22 grudnia 2016. Po dość trudnej do pokonania drodze dotarliśmy na miejsce, upewniło mnie w tym widok młodej dziewczyny z beaglem. Pies miał ruffweary, a kiedy to piszę, nie jest to jeszcze typowy ubiór spacerowy, choć zaczynam je coraz częściej widywać. Po zaparkowaniu podeszłam do niej, dzięki czemu dowiedziałam się, że jest uczestniczką tego samego treningu i, że trener się spóźni. Nie zdziwiło mnie to, sama się spóźniłam przez te okropne korki. Nie czekałyśmy jednak długo i p.Jola przyszła. Poszłyśmy za nią pod górkę, co było dla mnie miłym zaskoczeniem (poprzedni teren, na którym bywałam był niski i bagienny). Na początku nie miałam pojęcia, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Pies jak zawsze obrał sobie za cel pilnowanie każdego bez wyjątku i chciał do niego biegnąć, podduszając się na smyczy. Zdenerwowana w końcu powiedziałam tacie, żeby poszedł czekać w aucie. Na torze ćwiczyły tylko dwa psy i Teena była druga w kolejce, co oczywiście było dobrym posunięciem - miała czas, żeby zrozumieć, że naprawdę jesteśmy tylko we dwie i nie musi nikogo szukać. Kiedy przyszła kolej na nas, trochę nie wiedziałam, jak to będzie. Tunele. Teena raczej nie polubiłaby fanpage'a tej przeszkody, sądząc po wcześniejszych treningach. No, gdyby przyjąć, że posiada facebooka... w sumie to ma. Nieważne. Najpierw były to proste tunele i chyba hopka (?), ale tego drugiego nie jestem pewna. Biegała. Nie była odmowy, ominięcia przeszkody, wyjścia z tej samej strony. Biegała! Oczywiście nagradzałam ją i cieszyłam się w duchu, że ominęły mnie nieprzyjemności. Przebiegła nawet przez ten zakręcony i nie miała praktycznie żadnych oporów. Na drugim wejściu były hopki ustawione jedna po drugiej. Dobrze jest przerobić takie podstawy, a nie później się dziwić, że pies nie chce biegać bardziej skomplikowanych, co pani trener wiedziała i to doceniam. Teena bezproblemowo biegała i skakała, nawet jeśli chciałam tylko przejść i nie było komendy.


 Poznała nowy rodzaj nagrody - smaczki odłożone w plastikowym pudełku i chyba jej się spodobał. Kiedy jednak nie odkładam ich tam, to dawałam je bardzo szybko i przykucając, wręcz podobno przesadzałam, bo psu zdarzyło się je odebrać w ciągu skoku, ale naprawdę chciałam, żeby ciągle czuła motywację i miała jak najlepsze skojarzenia z przeszkodami, by nie zaprzestawała biegu tak jak kiedyś. Początkowo nieśmiało biegałam dłuższe sekwencje i bardzo pomagałam jej, żeby nie omijała przeszkód i wiedziałam, gdzie ma biec. Tak czy inaczej przez cały trening szło jej genialnie, później biegała już długą sekwencje z wymianą ręki bez dodatkowych wspomagaczy z mojej strony i wciąż moja kochana robiła to z entuzjazmem. To było tak nierealne, że teraz zastanawiam się, czy to nie zdarzyło się w mojej głowie, chociaż wiem, że to głupie (należę do ludzi, a ten gatunek zwierząt ma w zwyczaju pamiętać tylko złe wspomnienia). Gdy skończyły nam się smaczki, wyjęłam jej ulubioną hoko funny i pani zaproponowała, że będziemy biec, a ona na koniec jej rzuci. Jednakże jako, że jest to jej najukochańsza piłeczka, podbiegła do trenerki i zaczęła merdać ogonkiem ze wzrokiem "Daj! Daj! Noo proszę, daj!", więc odebrałam z powrotem jej skarb i wsunęłam do kieszeni. Ostatnią sekwencję za piłką biegła z wielką radością, więc trening zakończyłyśmy bardzo pozytywnie.

Na koniec, żeby było śmieszniej odwieźliśmy Milenę z Cherry na przystanek. W czasie drogi cały czas gadałyśmy. Trochę byłam niepewna, jak będzie z Teeną i innym psem w aucie, którego dopiero, co poznała, ale w ogóle nie było problemu.

W pogoni za przeszłością

Śmieszny tytuł, co? W końcu większość napisałaby za marzeniami, za planami... w sumie nie wiem za czym. Ale tym razem nie ja.







Od razu należałoby wyjaśnić, o co tej istotce chodzi. W skrócie o to, że wielu rzeczy nigdy bym nie zmieniła. To nie tak, że nie lubię żadnych zmian. Osobiście uważam np., że sikanie do kibla jest wygodniejsze od sikania do nocnika. Poważnie. Ale nie każda zmiana rzeczywistości jest równie dobra.

Tak jakoś na początku roku pisałam, że usilnie próbuję wejść w nowy plan, jakim jest liceum. Przyzwyczaić się do nowych godzin, wejść w nowe buty, spróbować nowych kibli... Dobra, dobra już kończę. I w sumie nawet mi to (czasami) wychodzi. Chyba póki co moim największym problemem jest lenistwo. I to nie tak, że ja siedzę w domu i piszę na komputerze (tak jak np. teraz...)  marnuję swoje życie, tylko o to, że... ja go właściwie nie mam. Niestety po ciężkim dniu albo i całym tygodniu trudno mi ogarnąć swoje cztery litery i przejść się z psem na intensywny spacer. Zwyczajnie brak mi na to sił, a przypuszczam, że spacer z omdlałym jest wybitnie mało interesujący. Jednak biorę się za siebie i wracam do swoich nawyków, do nawyków z przeszłości. A jakie to nawyki?

Trzynastoletnia Karolina codziennie rano o szóstej wychodziła ze swym brykającym szczeniakiem na pole (yep, jestem z Małopolski i żadnego dworu - póki co - nie posiadam), by porzucać mu zabawki, poćwiczyć sztuczki i poświęcić mu jak najwięcej minut przed wyjściem do szkoły. I tak cztery razy dziennie. Na każdym spacerze - i tym o 6, i tym o 21. Napisałam, że ze szczeniaczkiem, ale ten nawyk nieco mniej intensywnie, ale utrzymywał się przez lata. Szkoła była i to piątkowa, ale po spacerze. Najpierw był spacer pies, potem cała reszta świata. Przypomniał mi o tym spotkany świeżo upieczony właściciel shiby, który... widział nas, jak dzień w dzień wychodziliśmy poaportować o szóstej. Wracając do domu, miałam łzy w oczach.


A co się ostatnio u nas działo?

Kilka tygodni temu byłyśmy na spacerze z Megi, czarno-białą kundelką mojej przyjaciółki, która, nawiasem mówiąc, jest adoptowana. Megi, nie koleżanka! Suczka okazała się być zalękniona bardziej niż się spodziewałam, o czym byłam ostrzegana, więc byłam naprawdę naiwna, myśląc, że tak po prostu trafi do teenowego friendzone'u. Teraz wiem, jaki duży błąd popełniłam w trakcie spaceru - dodałam bodziec wywołujący strach (inny pies, nawet całkiem ignorujący) do innego takiego bodźca (park, który jest niedaleko, ale kundelka do niego nie chodzi), co razem z niepewnym siebie charakterem psa utworzyło książkowy obraz paniki. Przez całe popołudnie plułam sobie w brodę, że tego wcześniej nie przewidziałam i w myślach obrałam najbardziej pozytywny scenariusz, zamiast wcześniej połączyć pewne fakty. Jedynie usprawiedliwia mnie to, że nigdy wcześniej nie widziałam tego psa i jego reakcji na różne rzeczy. Tak czy inaczej, pies jest już po konsultacji z behawiorystą i mocno trzymam kciuki za tę dwójkę, z którym mam nadzieję, że pójdę jeszcze kiedyś na spacer i tym razem oba psy będą się miło spędzać czas! 

Niedawno zaliczyliśmy też pierwszy trening frizglity. Taki domowy oczywiście i decyzja o nim została podjęta dość spontanicznie, więc w międzyczasie... pogubiłam się w zasadach. Ćwiczyłyśmy tylko z tunelem, bo hopka została poza miastem i byłam naprawdę pewna, że po przeszkodach pies ma obiec przewodnika. No, właśnie nie ma... Mimo wszystko sport mi się spodobał, jest ciekawym urozmaiceniem łączącym agility i frisbee. Teenie w "naszej formule" całkiem fajnie szło, jak zawsze bardzo się starała łapać dyski. Trochę omijała tunel mimo bardzo pomocniczego handlingu i... obecności tylko jednej przeszkody, ale mózg pracował i usilnie próbował połączyć te dwa sporty, co nakazano mu po raz pierwszy, więc wszystkie niedociągnięcia wybaczam i cieszę się z dużego zaangażowania podczas całego tego treningu (oprócz frisbee i frizglity, robiłyśmy jeszcze elementy obi, żeby nie tylko ciałko było zmęczone).







Ćwiczymy też sztuczki, a bywa z tym różnie i teraz obrałam za cel stanie na łapach z tylko jednej strony ciała. Idzie opornie, ale przebłyski geniuszu też bywają, więc uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego i tę sztuczkę doprowadzimy do końca i kropka. Nie wiem jak, ile nam to zajmie i czy pies szybciej nie nauczy się latać, niż to robić, ale tym razem się nie poddam. Ponadto chcę od dłuższego czasu pojechać na trening agility do klubu i tuż przed napisaniem tego posta napisałam już do właścicielki toru, więc zrobię wszystko, by znowu spróbować tego sportu. //22 grudnia:
Byłyśmy dzisiaj na torze w Białym Psie. Godzina 17, nieco zimno i wokoło ciemno. Pies co pewien czas rozproszony (w końcu ktoś musi kontrolować cały świat, nie?), nieco wokalizujący i hopsający mi na nogi podczas przerw, ale... biegał. Z takim samym entuzjazmem na
każdym wejściu! To był pierwszy trening agility w moim życiu, który był po prostu genialny i będę go niesamowicie wspominać. Czasem musiała podejść do płotu i sprawdzać, czy na pewno nie ma tam mojego taty, ale tylko między sekwencjami i sama jej na to pozwalałam, a kiedy ćwiczyła... wymiatała na maksa.

Kompletuję też prezenty bożonarodzeniowo-mikołajkowe, bo przyznam, że zdarzało mi się nie popisać pod tym względem, ale w tym roku tak nie będzie! Nie będę póki co zdradzać, co za gifty planuję, zresztą dla części osób byłyby to minizakupy, ale w skrócie zamawiam kilka rzeczy, które chodzą mi po głowie od jakiegoś czasu - trochę do zabawy, trochę do noszenia i jakąś przekąskę jako rewanż za te wszystkie pierniczki i stół wigilijny. Może też sama coś pierwszy raz upiekę (moje zdolności kulinarne wykarmiłyby chyba tylko roztocza). Kto wie. //22 Zostanę pewnie przy tej wersji o roztoczach, ale za to faktycznie udało mi się kupić kilka rzeczy, o których od dawna myślałam i jestem z nich zadowolona.




///Niektórym w tej chwili się wydaje, że połowa posta nie pasuje do drugiej. Otóż nie. Agility to moje dziecięce marzenie i biorąc psa, od dawna chciałam je ćwiczyć, ale nie miałyśmy wtedy możliwości do tego. Moim jednym z planów było też spotykanie się z innymi psiarzami na spacerach, o czym również była mowa. Od wakacji trochę był z tym zastój, więc postaram się do tego wrócić. Sztuczki kiedyś ćwiczyłyśmy kilka razy dziennie i planuję do tego wrócić, bo dawało to najlepsze efekty, a pies był psychicznie zmęczony, czego teraz często mu brakuje i potrafi się o tym głośno dopominać. Zdarzyło mi się też nie dać mu prezentu na gwiazdkę (sic!). Jak pewnie, teraz już się domyśliliście ten post to cofnięcie się w przeszłość i naprawienie starych błędów, których żałuję.


A tu taki bonus humorystyczny:
Zmierzcha się. Nagle ktoś schodzi na dół, do wąwozu, gdzie niegdyś znajdowało się stare wysypisko śmieci. Dzisiaj nie pozostało po nim wiele, albowiem wąwóz stał się częścią lasu, a las częścią wąwozu. Gdzieniegdzie spod mchu wyrasta stary but czy oderwana głowa dziecięcej zabawki na zawsze utulonej do snu wśród zszarzałego runa. Wie, czego szuka, ale jeszcze tego nie widzi. Przykuca. Z góry słyszy narastające dźwięki wydawane niewątpliwie przez ludzi. "Tam ktoś jest!" - mówi nerwowo docierający z góry głos. Nieznajomego przechodzi dreszcz, by zaraz potem na jego twarz wstąpił nieokreślony uśmiech. - Kto to był? Menel? Psychopata? Może eksplorator Zony (Czarnobyl)? Nie, to tylko psiarz robiący swojemu psu zdjęcie. :D  Wesołych Świąt!