Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teena. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Zwariowane dni

Można by powiedzieć, że należę do dość pokręconych osób. Takich, które potrafią popatrzeć sobie w twarz i się z niej zaśmiać, mają dystans do siebie. Kto wie, może to pewna technika przetrwania w tym całym zawirowanym świecie. Moim świecie. Generalnie moja teoria głosi, że ja specjalnie popełniam błędy, bo podświadomie chcę, by coś się działo. Nie wiem, czy tak jest naprawdę, po prostu ze mnie pechowiec. Taki, który nie widzi problemu w tym wszystkim, to jest zwyczajnie zabawne.

I się zaczęło. Postanowiłam sobie, że właśnie w ten dzień wezmę psa i pojedziemy na Bagry (krakowskie jezioro). Przyznaję, nigdy tam nie byłam. I pogoda nieszczególnie chciała współpracować. Jednak ja tak mam. Chcę teraz, zaraz i po to idę. Droga na Bagry z przeciwległego końca miasta to, krótko mówiąc, katorga. Jedzie się bardzo długo i co pewien czas przesiada. I wiecie co? Byłam już na przystanku, na którym od Bagrów dzielił mnie jeden autobus. Niestety się odwróciłam. Chmury ułożyły się w typową burzę. No nie! Tu już nawet nie chodziło o mnie i o psa. Jak zmoknę, to przeżyję (właściwie to nawet wzięłam parasol). Tylko że nikt nie miał pojęcia, gdzie byłam i co będę robić w przypadku ewentualnej burzy. Nie chciałam, by ktoś się o mnie martwił w tak beznadziejnej sytuacji jak ta, w końcu to już nie spacer po okolicy, tylko znalezienie się na drugim końcu miasta w nieznanym miejscu. Stchórzyłam i przeszłam na powrotny przystanek.

Jak się domyślacie, burzy oczywiście nie było. Wracając, postanowiłam, że na przekór nie zmarnuję tego dnia. Wysiadłam przy małym parku, w którym nigdy nie byłam, choć przejeżdżam tędy dzień w dzień. Miał nawet wybieg dla psów. Okropnie nudny park. Mimo śladowej energii, podjęłam się drugiej próby i wysiadłam przy kolejnym parku. Tym razem dobrze mi znanym, bo znajdującym się półtora kilometra od domu. Jego niewątpliwą zaletą jest rzeka, która daje możliwość wodowania psa. 
Tutaj wygłoszę swoją kolejną teorię. Świat daje ci profity za możliwość skopania ci tyłka, czyli inaczej mówiąc, po doświadczeniu pewnej ilości zła, doświadczasz pewnej ilości dobra, żeby zbyt szybko się nie zabić. Ot, dla równowagi. Działa też w przeciwną stronę. W takim właśnie momencie spotkała mnie iskierka radości. Teena jako konik morski beztrosko biegała sobie za patykiem, sadząc susy przez wodę. Wtedy to udało mi się ją wykiwać (bo kto powiedział, że iskierka radości nie może być demoniczną iskierką). Przyglądnęłam się dnu, aby nie przesadzić (nie umiem pływać tak w razie czego) i rzuciłam umyślnie patyk tak, by z powodu braku gruntu pod nogami suczka była zmuszona do płynięcia. Udało się! Tego się nie spodziewała, cwana! Prawdopodobnie próbując nieco walczyć o życie (demoniczna iskierka?) i uniknąć zatonięcia, musiała w końcu poruszyć tymi nogami w wodzie. Niezmiernie się ucieszyłam, bo przypominało to przez kilka sekund pływanie, a ten pies bynajmniej nie ma pojęcia, co to znaczy.



Potem spotkała nas w sumie na swój sposób miła sytuacja. Pańcia, widząc że pies po wyjściu z wody dostawał głupawki (takiej w której się pędzi jak szalony), postanowiła to wykorzystać i podeszła do przypadkowych właścicieli psów (jamnik i dwa foksterriery), aby nakłonić łaciatego konia do zabawy. Na reakcję fokterrierki nie musiałam czekać, bo widać było, że ma dużo energii, a jamniczek nie był skłonny do psot. Początkowo Teena jak zawsze okazała rezerwę, ale przy zachętach (wredna pańcia wprawdzie rzadko, ale raz na pewien czas każe pieskowi sobie radzić samemu) udało ją się przekonać do wspólnego pobiegania. Dla nas to korzystne, bo Teena już od lat nie mogłaby się wpisać w kolorowy (i równocześnie ryzykowny) obrazek z psich wybiegów, zamiast tego woli spacer co najwyżej ze znajomymi psami i ewentualnie krótkie powitania, zabawy są rzadkie. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, nie można odmówić wspólnej zabawie psów zalet takich jak szybkie spalenie energii i wyrabianie mięśni (gwałtowne zawroty, skoki, przewroty), a przy zmarnowanym dniu właśnie tego potrzebowałyśmy! Obserwowałam w takiej sytuacji jej słabsze momenty, sposoby wyjścia z sytuacji i co ważne - radzenie sobie bez użycia zębów i napadów histerii. Nie powiem, potrafiła przerywać i kontynuować zabawę, i to naprawdę w dobrym stylu. Jestem dumna.

W naszym szalonym życiu nigdy nie brakuje też zbytniego spokoju, więc przytrafiła nam się również piesza wyprawa na inne jezioro, które wspaniałomyślnie znalazłam na mapie google. Cóż, tu dużo pisać. Okazało się, że zbiornik jest prywatny i ogrodzony, bo należy do ośrodka badawczego roślin, który dodatkowo utrzymuje konie. Widziałyśmy więc z bardzo bliska sympatycznego białego kucyka, którego Teena się bała. Wracając, stwierdziłam, że pójdziemy do jeszcze jednej pobliskiej miejscowości, aby chociaż nabić trochę kilometrów, skoro nie dotarłyśmy do rzeki. Niestety, zgubiłyśmy się. W pewnym momencie, po wyminięciu wszystkich domów, zeszłyśmy do lasu, nie znałam tej jego strony, ale byłam pewna, że wiem, gdzie jestem. Przeceniłam u siebie jego znajomość i dotarło do mnie w którymś momencie, że nie mam pojęcia, co to za ścieżka i że możemy w ogóle nie trafić na te nam znane. Na szczęście udało nam się tą samą trasą wyjść, co weszłyśmy. Wciąż miałam jednak z tyłu głowy niepokój, bo nie potrafiłam znaleźć w tej wiosce drogi do domu. I tutaj pierwszy raz tak zgubiłam się na spacerze oraz pierwszy raz, naprawdę pierwszy w moim życiu, posłużyłam się mapą w terenie. Taką na telefonie, bo przecież materialnej nie mogłam sobie wyczarować. Na szczęście się udało i kamień spadł mi z serca, kiedy rozpoznałam znaną mi polną ścieżkę.

Wiedziałam, że trzeba sobie zrekompensować to jeziorko (a raczej jego brak), więc nazajutrz wsiadłam w autobus i pojechałam z psem nad zalew, o którym dowiedziałam się z lokalnej psiej grupy. Ten wyjazd akurat był naprawdę udany. Trafiłyśmy nad naprawdę ładne jezioro otoczone parkiem. Posiada ono coś, co można by nazwać plażą, choć nie jest to do końca trafne określenie. Przypomina to raczej miejsce, gdzie fale morza  stykają się z lądem i obmywają piasek, ponieważ suchego piasku tam po prostu nie ma. Ochoczo zdjęłam buty (choć nikt tego poza mną nie robił) i weszłam tam z psem, bo pseudoplaża jest naprawdę sympatyczna! Udało się wtedy nakłonić Teenę, by przeszła razem ze mną przez granicę plaży i weszła do głębszej wody. Wygląda na to, że wtedy pierwszy raz w życiu naprawdę pływała, czasem stylem konika morskiego, ale ogólnie widać było, że pies jednak wie, w jaki sposób można płynąć.




Kolejnym naszym takim wypadem było lawendowe pole. I tutaj, kiedy nawigacja zawiodła, przydały się moje niesamowite umiejętności prowadzenia po mapie google, które nabyłam kilka dni wcześniej. Pojechałam tam razem z tatą i, no cóż, wiadomo jak to musiało być z psem, który ma lęk separacyjny. Nie pomagało też ostre światło, które sprawiało, że na ekranie aparatu prawie nic nie widziałam, a przecież na heliosie muszę cały czas kontrolować ostrość. No nic, kilka zdjęć się udało zrobić. Część podgatunków lawendy naprawdę mi się podobała, ale niestety chyba ani jeden nie miał już zapachu.

Naszych wakacyjnych tripów nie ma końca i dziś wybrałyśmy się ponownie nad zalew, ale tym razem z Martą i Figą. Trochę wstyd, bo znamy się od 4 lat, a psy dopiero pierwszy raz jechały razem autobusem! Autem już im się raz zdarzyło. Po jeździe poprzedzonej próbą pocięcia mnie kagańcem (dzięki, łaciata suczo, też cię kocham), poszłyśmy w to samo miejsce, na moją nową plażę i znów postanowiłam spróbować wodować Teenę. Tym razem niestety suczka wykazywała jakieś opory przed zejściem z tego ograniczenia plaży i wejścia do wody, więc widząc zabawkę poszczekiwała i piszczała, nie chcąc wejść do głębokiej wody. Postanowiłam w takiej sytuacji ją po prostu do niej delikatnie włożyć, bo już się w niej znalazłszy nie protestowała i nie uciekała, tylko chciała zdobyć zabawkę, by dopiero wtedy wybiec z nią na brzeg. Po kilku takich próbach już sama wchodziła ze mną do głębokiej wody i nie wynosiła zabawek. Wymyśliłam też głupawą zabawę, by pomóc jej w pływaniu. Sucz chwytała pullera, a ja powoli ciągnęłam ją w wodzie niczym dmuchany ponton. Wygląda na to, że jej się to podobało, bo jakby nie patrzeć, w ten sposób była ciągnięta ku powierzchni i łatwiej się przy niej utrzymywała, a chwyt zabawek ma pewny i mocny, więc nie stanowiło to dla niej problemu. Później poszła w ruch piłeczka, którą na końcu jej rzucałam i biegłam w kierunku, a ona musiała płynąć i ją przechwycić. Nie omieszkała też się poszarpać w wodzie na własne życzenie, bo czemu by nie.

Następnie porzucałyśmy trochę psom, poćwiczyłyśmy jakieś sztuczki i poszłyśmy do budki w parku na frytki. Wracając, okazało się, że genialnie wstrzeliłyśmy się godzinowo ze spacerem, bo jadąc autobusem, widziałyśmy ulewę, a nad jeziorem co najwyżej ledwie że kropiło i to tylko przez krótką chwilę. I tak miałam parasol, więc wróciłam do domu całkowicie sucha.





Co jeszcze zamierzamy zrobić? Na pewno postaram się o jeszcze jedną hopkę do agility, bo niestety ciągle nie możemy się dostać na zajęcia w klubie. Poza tym może uda nam się wziąć udział w jakichś psich wydarzeniach czy wyjść z jakimiś innymi psiarzami na spacer, kto wie. Nasz ostatni rekord to 13 km (przekłamany, bo na pewno miałyśmy 14, ale nieważne), więc z pewnością postaramy się uzyskiwać podobne wyniki, a być może nawet go pobić! Innym naszym sukcesem jest nauczenie psa wersji slalomu między nogami, gdzie ja idę tyłem, a on przodem, teraz to tylko szlifujemy. Kupiłyśmy też nową obrożę z furkidz, z której jestem zadowolona, choć na początku wydała mi się dziwaczna i matę chłodzącą. Pewnie zamówię też nowe fastbacki, choć kusi też klatka portable. Ale czy ona w ogóle nam jest potrzebna? Sama nie wiem. :)  

czwartek, 30 marca 2017

Spontaniczny wypad na Błonia

W związku z trwającymi rekolekcjami dostałam w pakiecie nieco wolnego. Nie ukrywam, całkiem szybko i dość spontanicznie wpadł mi do głowy pomysł, jak je wykorzystać. Do tego doszedł jeszcze fakt, że zbliża się organizowany przeze mnie spacerek. W takich okolicznościach odpowiedź na pytanie, co będziemy robić w nasz całkowicie wolny dzień była prosta - jedziemy się socjalizować!


 Błonia jakoś tak od razu wpadły mi do głowy. Miało być rano, w samym środku tygodnia, więc na pewno ilość bodźców będzie można łatwo kontrolować. Ponadto niedługo przed tym zakupiliśmy kaganiec fizjologiczny, który miał być moim niezwłocznym zakupem po tym, jak pies w swoim plastiku w czasie podróży na Rynek zaczął zachowywać się, jakby nie mógł oddychać. Kiedy kaganiec już się u nas znalazł (a towarzyszyła temu również wyprawa na psi wybieg i socjalizacja z retrieverami), od razu pies był do niego pieczołowicie przyzwyczajany. Nie ukrywam, w dużej mierze dlatego, bo ciągle nie byłam pewna, czy to dobry rozmiar.



Pies, widząc że nasz spacer nie będzie dziś tylko spacerkiem, od razu się rozentuzjazmował. Podczas jazdy w autobusie, kiedy już zajęliśmy miejsce (nie ma to jak robić z kimś wyścigi, nieprawdaż?), swobodnie chłodził się w swoim nowym namordniku. Długo nikt się do nas nie dosiadł, czyżby czarna puszka na pysku nie wyglądała zachęcająco? Oczywiście w końcu ktoś się jednak odważył, a Teena jak to Teena, lubi sobie przekraczać czyjeś przestrzenie osobiste, więc chętnie kładła na innych swoją dupkę czy wąchała głowę osobie znajdującej się przed nami. Po wysiadce z autobusu od razu pojenie i możemy ruszać! Po dostaniu się na Błonia, zaczęłyśmy wypatrywać psów. Oczywiście łąka świeciła nieco pustkami, tak jak przewidywałam. Pierwsze zetknięcie odbyło się z shih tzu, sucz nie wykazała chęci na bliższy kontakt, ale właściciel okazał się dość ogarnięty i po prostu kazał psu iść dalej. Następny pojawił się golden, który przebył naprawdę długą drogę, by do nas dotrzeć (no, właściciele...). Decyzja została podjęta. Psu powiedziałam komendę "siad", ku mojemu zaskoczeniu, posłuchał, co przyhamowało złocistą kupę futra. Później Teena wstała i obwąchała się z lękiem, ale jednak, a golden nie był nią już tak bardzo zainteresowany i stanął koło mnie. Kolejny był seter(ka?), procedura ta sama. U tego to dopiero odmalowało się na pysku zdziwienie! Obszedł bokiem, patrzył ze zdziwieniem i finalnie zainteresował się mną (jedzenie), a Teena już w ogóle się nie bojąc, obwąchała go sama.  Muszę powiedzieć, że jestem z niej potwornie dumna! Zazwyczaj próba wydania jej komendy, kiedy podchodzi prosto do niej (ba, te podbiegały!) skończyłaby się fiaskiem, zawiesiłaby by się, wpatrując w psa i od razu wchodząc w interakcję. Tutaj jedno słowo wystarczyło, by nastąpił zaraz czyn i pies po prostu zdał się na mnie, co jak widać bardzo dobrze zaowocowało.




 Po małych problemach, potem trafiłyśmy do Parku Jordana, który znajduje się zaraz obok. Nie było tam zbyt wiele do roboty, obeszłyśmy kawałek, próbowałyśmy robić zdjęcia w kwiatach, ćwiczyłyśmy na jednej z części drewnianej siłowni na zewnątrz. Pokręciłyśmy się niedaleko stawiku i wyszłyśmy, a potem znów szłyśmy na autobus przez Błonia. Po tych wszystkich wrażeniach, udało nam się dorwać miejsce siedzące w autobusie. Pieseczek tym razem trochę kręcił, a posadzenie go w stronę otwartego okna okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ziając, postawił sobie łapkę pod szybą i patrzył na świat, z perspektywy kierowców, musiało wyglądać to naprawdę komicznie i uroczo.









Odsypianie trwało cały dzień, a teraz znów jesteśmy gotowi na nowe wyprawy!




Trzymajcie kciuki!

sobota, 4 marca 2017

12 słów, których psiarz używa inaczej

W dzisiejszym poście postaram się wam przedstawić kilka wyrazów, które dla psiarzy może mieć inne niż zazwyczaj lub całkowicie specyficzne znaczenie. Jak wiadomo nieznajomość słów może rodzić nieporozumienia, dlatego uważajcie na to, co mówicie. ;) 
 
.Maść.
O ile terminy takie jak "umaszczenie" czy "ubarwienie" (już nie wspominając o zwykłym "kolorze") są przeciętnemu Nowakowi znane, tak słowo "maść" będzie zapewne kojarzone z postacią leku, czyli po prostu z maścią, którą wyciska się z tubki.

.Seminarium.
Kiedy w rozmowie napomkniecie o tym, że zamierzacie wybrać się na seminarium, nie powinno zdziwić was, że nikt z niepsiego środowiska, nie domyśli się, że chodzi o szkolenie psa. O ile osoby edukujące się mogą skojarzyć to z jakimś zwyczajnym wykładem, to musicie liczyć się też z tym, że część osób pomyśli, że chodzi o seminarium duchowne i, że planujecie zostać księdzem...

.Znaczenia, maska, podpalanie.
Dobrze pamiętam (ba, posiadam) moją pierwszą książkę o rasach psów. Przy rasie, która mnie zainteresowała widniało "maść czarna z białymi znaczeniami". Znając rasę, domyśliłam się, że musi chodzić o charakterystyczne łaty. Jednakże przeciętny człowiek kojarzy słowo "znaczenie" jako "sens", więc nie dziwcie się, że nikt was nie zrozumie, a wręcz wpadnie w konsternację, kiedy usłyszy, że "pies ma białe znaczenia". Podobnie będzie z maską i podpalaniem.

.Szelki.
Moja mama nazywa je "puszorkiem", mój tata "homontem" lub "uprzężą", a brat "obrożą". Jak widać, słowo szelki, w odniesieniu do uprzęży dla psa, dla niektórych osób w ogóle nie istnieje. "Kupiłam szelki" może zostać niewątpliwie zrozumiane jako "kupiłam szelki do spodni", mimo że ten element garderoby raczej już należy do rzadkości.

.Trufla, fafle, kufa, stop.
Cztery kolejne słowa to perełki kynologii, których już rzadko kto używa (mówię teraz o psiarzach). Widziałam nawet na jakiejś grupie o psach rozmowę, w której padło pytanie o to, czym jest trufla u psa. Trufla to po prostu nos u psa, ale także rodzaj grzyba oraz cukierka, więc w sumie nie dziwię się, że mogą powstać nieporozumienia. Fafle to górne wargi. Kufa to to po prostu pysk. Natomiast stop to miejsce przechodzenia czoła psa w kufę, ale także oczywiście komenda do zatrzymania się i mieszanina metali.
.Popęd.
Psiarze używają słowa popęd w znaczeniu "popęd łupu", jednakże słowo to ma bardzo dużo znaczeń. Generalnie w samej psychoanalizie popędów jest bardzo wiele, ten termin ma także swoje znaczenie w fizyce, jednakże połowa społeczeństwa kojarzy jedynie "popęd płciowy", więc "pies z dobrymi popędami" nie zabrzmi dla nikogo przekonująco, wręcz myślę, że podczas rozmowy takie wtrącenie mogłoby wywołać pytające i zniesmaczone spojrzenie.

.Koziołek.
Przy zastanawianiu się, czy mamy w sportach jakiś element o charakterystycznej nazwie, wpadł mi do głowy koziołek, czyli po prostu aport, hantel. Zastanawiam się w sumie, kto mógł wpaść na tę dziwną nazwę i do czego ma nawiązywać - czy do elementu w warsztacie, koziołka do skakania, może do samego samca kozy czy sarny. Jakkolwiek by nie było, aportowanie koziołka przez psa nie brzmi zbyt zachęcająco. ;)

A Wy, znacie podobne słowa?

~~Kącik blogowy~~Jako, że z jednej strony czuję potrzebę opisywania naszego życia, a z drugiej pisania postów tematycznych, to wymyśliłam kompromis, którym będzie kącik blogowy, którego będę używać, kiedy nie będę miała dość tekstu, by napisać osobny post.

W poniedziałek Teena pozytywnie mnie zaskoczyła, będąc w parku spotkałyśmy chodzące sobie między alejkami dzikie kaczki (nie jest to dla mnie żaden nadzwyczajny widok). Będąc ciekawa, jak wygląda obecnie nasze przywołanie, wskazałam je palcem. Pies dopiero wtedy spostrzegł "zdobycz"  i zaczął się charakterystycznie skradać, a wtedy na jedno zwykłe "Teena" (nie wołałam, tylko to powiedziałam) od razu odwrócił się do nich tyłem i zaczął wykonywać sztuczki, choć ptaki przykucnęły na trawie parę metrów dalej. Zachowywał się, jakby całkowicie o nich zapomniał (może faktycznie tak było?). Przyznam, że pękałam z dumy. Ogólnie podoba mi się karność mojego psa, nawet mimo cieczki (potrafiła zignorować na "nie, zostaw" samca, do którego jeszcze przed chwilą chciała dolecieć) mogę na niego liczyć. Myślę, że ostatnio zaczęłam dostrzegać, jaką przewagę niesie za sobą szkolenie i jak bardzo zmienia zachowanie psa i jego możliwości samokontroli, nawet jeśli jej nie dotyczy.

sobota, 21 maja 2016

Każdy krok codzienności

                                                    zbliża nas do naszej wygranej. 
                                                                                                  Co będzie naszą wygraną? To już zależy tylko od nas. 

  
Ale nie o tym pragnę napisać dzisiejszy post. Zauważyłam, że na wielu blogach wzrasta tendencja do wpisów tematycznych. Kiedyś nawet spotkałam się z opinią, że powinno się pisać tylko takie posty, zwłaszcza jak się chce "wypromować". Tutaj pozostaje mi się uśmiechnąć na wzór naszego Prezydenta i robić to, czego od dawna mi brakuje - pisania o naszej codzienności!


Krótko mówiąc - jestem szczęśliwa. Zawsze wmawiałam sobie, że mojego psa nie można przewidzieć, że nie mogę mu do końca zaufać. Teraz jest inaczej. Zaczęłam dostrzegać jego charakter, sposób myślenia, granice i zalety. Każdy z nas ma takie cechy i są składowymi naszego zachowania.

Jakiś czas temu zaobserwowałam niesamowitą interakcję Teeny z bojaźliwym psem. Oboje do siebie nie podchodzili - rozmawiali na odległość. Obok mnie stał właściciel drugiego psa, który nie rozumiał takiego kontaktu (w końcu dla psów "dzień dobry" to zwykłe powąchanie ziemi...) i przywołał swojego psa głośnym gwizdem, przerywając ową fascynującą rozmowę. Ach, aż chciało mi się wcześniej powiedzieć: "proszę nie przerywać, one rozmawiają". ;)

Teena i Lucky vel krowy :)
Dużo czasu teraz spędzamy nad zbieraniem materiałów do filmiku. Żadnego sztuczkowego czy urodzinowego, filmiku, który się przyjemnie ogląda i pokazuje po prostu to, co robimy na co dzień. Po co w końcu tworzyć kolejne takie samo dzieło? :)

Przygotowuję się też pomalutku do organizacji grupowego spaceru. Nie jest to tak proste, jak by się zdawało i wymaga ode mnie szczypty motywacji, która raz jest, a później jej nie ma. Wymaga to też zaangażowania ludzi, a czasem to bywa trudne. Czemu w takim razie biorę to na swoje barki? Tutaj aż chce mi się zanucić "bo jak nie my to kto?". No właśnie, kto?


Zostawiam was tymczasem z fantastycznie pozytywną piosenką. Enjoy!
PS ciekawostką o tej piosence jest to, że pierwszy raz ją usłyszałam w szkole... na apelu 3-maja. ;)

piątek, 18 marca 2016

Wchodząc na facebooka, zobaczyłam wiadomość od właścicielki Mango z propozycją dołączenia do zabawy w Liebster Blog Award.  Nie ukrywam, że trochę mnie to zaskoczyło (i rozbawiło zarazem), bo trudno nazwać posty raz na ruski - i to jakiś wyjątkowo ciężki - rok prawdziwym blogiem.
Jednakże kto biedakowi zabroni, więc postanowiłam odpowiedzieć.

Dla zainteresowanych wstawiam przycisk z muzyką:

https://www.youtube.com/watch?v=XIvT3agCjmo&autoplej=0&kolorek=9e1bac&typek=2

You've got the words to change a nation
But you're biting your tongue
You've spent a life time stuck in silence
Afraid you'll say something wrong
If no one ever hears it,
How we gonna learn your song?
So come on, come on
Come on, come on

1. Dlaczego nazwałeś/aś swojego psa/psy tak, a nie inaczej? Nad jakimi imionami się zastanawiałeś/aś?
W tym momencie mogę jedynie się uśmiechnąć, bo nie było mi dane nazwać Teeny (Tiny). Chciałam jej wprawdzie zmienić imię na moją (wtedy) wymarzoną Sky, ale spotkałam się z buntem domowników, więc ze Sky zostały tylko jej pierwsze akcesoria - niebieska obroża i smycz.



You've got a heart as loud as lion
So why let your voice be tamed?
Baby we're a little different
There's no need to be ashamed
You've got the light to fight the shadows
So stop hiding it away
Come on, Come on

 2. Twoje największe marzenie związane z psami?
Po zastanowieniu się, myślę że nie byłby to żaden obóz ani kolejny pies, jak pewnie odpowiedziałoby większość psiarzy. Na takie rzeczy po prostu przychodzi czas. Chciałabym..., żeby Teena była mniej lękliwa i dzięki temu jeszcze bardziej mogłaby cieszyć się życiem i abym ja była w stanie jej w tym pomóc...

3. Twoja ulubiona rasa... kota?
Nie, tutaj mnie nie zagną! Może i nie interesuję się felinologią, ale bez problemu mogę wskazać, że moimi ulubionymi kotami są birmańskie, ragdolle, syjamskie i neva masquarade. Cóż, kluczowe znaczenie ma tu wygląd, bo na żywo ich oczy są wprost niesamowite! Ciekawią mnie też maine coony, ponieważ to podobno psy w kociej skórze, ale gdybym miała mieć kota... to byłby młodziutki dachowiec (czy tam kot europejski krótkowłosy jak to woli, bo okazuje się, że doczekały się bycia rasą).

4. Twoja wymarzona podróż z psem/psami?
O matko, sama nie wiem... Może jakieś góry? Spacery przez malownicze szlaki właściwie to mam na miejscu, tylko muszę ruszyć tyłek i się trochę przejść albo złapać autobus. Jednak jak o tym myślę, to czy może odwiedzenie stolicy kiedyś tam nie byłoby złym pomysłem? Kiedyś... kto wie...


At night we're waking up the neighbours
While we sing away the blues
Making sure that we remember
Yeah, Cause we all matter too
If the truth has been forbidden
Then we're breaking all the rules
So come on, come on
Come on, come on,

5. Twoje ulubione czasopismo o tematyce kynologicznej?
Jakby chociaż istniało jakieś dobre... Czasem poczytuję, przyznaję się, Przyjaciela Psa, ale wiele artykułów w ogóle mnie nie ciekawi. Natomiast D&S ma czasem interesujące tematy, ale za to odpychającą i nieciekawą oprawę graficzną, przez którą zwyczajnie nie chce mi się czytać!

6. Twoja ulubiona książka... uwaga!... Niezwiązana z psami?
Czy to muusi być książka? Tzn. było kilka takich, które czytałam kilka razy i powracałam do ulubionych momentów, głównie fantasy, ale właściwie to przeczytam wszystko, byleby było dobre. Poza tym mogłabym bez problemu wskazać wiele tytułów mang i anime (w końcu to idzie w parze!), które mnie zauroczyły i z jakiego powodu. Polecam również czytanie blogów z opowiadaniami, bo to, że niewydane, nie znaczy, że nie może być dobre. I to bardzo! Dlatego też jestem bardzo wdzięczna koleżance, że pokazała mi stronę Wattpad, gdzie mam szybki dostęp do takich opowiadań.

7. Sztuczka/komenda, którą Twój pies/psy wykonuje/ą najchętniej?
Jakby się nad tym zastanowić to są dwie... Jedna to suseł, kiedy chce czegoś wymusić od mojej siostry (takie zachowanie pojawiło się kilka lat po nauczeniu go takiej sztuczki, więc przypuszczam, że nauczył się go od innego psa), a druga jest... stawanie na przednich łapach. Pewnie to wynika z tego, że tę sztuczkę porzuciłam, nie wprowadzając komendy i teraz jak go uczę czegoś nowego, to się po prostu myli. Oprócz tego, kiedy ma dobry humor, bardzo lubi aportować, ale tego jej nie uczyłam, przypuszczam że ma aport wrodzony, bo nie sądzę, żeby poprzedni właściciele jej tego uczyli.


Lets get the tv and the radio
To play our tune again
It's bout time we got some airplay of our version of events
There's no need to be afraid
I will sing with you, my friend
Come on, come on

8. Ulubiona sucha karma Twojego psa/psów? 
To mój pies lubi jakąś karmę? (śmiech) Obecnie ma w misce nasypaną TOTW z jagnięciną, kiedyś nawet lubił, teraz je ją równie często, jak ja prowadzę blog (ba dum tsss).

9. Twoja ulubiona rasa charta?
To nie jest mój ulubiony typ psa, ale z wyglądu saluki i jasne afgany (takie!), natomiast z charakteru whippet, a już totalnym ideałem byłby whippet długowłosy uznawany w USA. Niektóre silkeny też są całkiem całkiem. Chyba muszę bardzo lubić długowłose psy, a o takich z białą strzałką to już lepiej nie mówić. (śmiech).

10. Twoje życiowe motto?
"Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce." - można rozumieć we własny sposób i może jeszcze "Co cię nie zabije, to cię wzmocni." - to tak bardzo pasuje do mojego życia.


Yeah, we're all wonderful, wonderful people
So when did we all get so fearful?
And now we're finally finding our voices
Just take a chance, come help me sing this

11. Hm... Twój ulubiony owoc? 
Rozumiem, że mam odpowiedzieć, że mango. (śmiech) Nie jest to jednak prawdą, może dlatego, bo... nigdy nie jadłam mango.
"Wtf? Jak można nigdy nie jeść mango?!" - pewnie to pomyślałaś/eś.
Jak widać, można i jakoś jestem w stanie z tym żyć (śmiech). Za to nie odpuszczę żadnemu arbuzowi i uwielbiam owoce leśne!

Szybkie pytania dla chętnych - zarówno fanpagów, blogów, vlogów, stron i wszystkiego innego, bo nie oszukujmy się - nie samym bloggerem się żyje!
1. W jakiej chwili poczułeś, że naprawdę jesteś dumny ze swojego psa? Opisz ją.
2. Najdziwniejsza sytuacja, z jaką spotkaliście się na spacerze?
3. Co sprawiło, że zostałeś psiarzem?
4. Najdziwniejszy komentarz, jaki usłyszałeś, dotyczący twojego psa.
5. Jak była pierwsza rasa psa w twoim życiu, którą zapragnąłeś posiadać? Uwaga! Liczą się dziecięce zachcianki.
6. Załóżmy, że mógłbyś popatrzeć na siebie oczami swojego psa. Kogo byś zobaczył?
7. Czy potrafiłbyś zareagować na widok prawdziwego krzywdzenia zwierzęcia?
8. Skąd pochodzi największa część twojej wiedzy kynologicznej?
9. Najciekawszy psi event, na którym byłeś?
10. Jaki byłby twój wymarzony dzień spędzony z psem?
11. Jakie jest twoje ulubione zdjęcie twojego psa i dlaczego? Pokaż je!

Zdjęcia z posta sponsoruje nam "Lajtrum dla ubogich", czyt. Karolinie było szkoda jej zdjęć, więc stwierdziła, że pierwszy raz obrobi jakiekolwiek zdjęcie z "luszczanki". Karolina ma ten aparat od wielu miesięcy.  Karolina jest głupia i leniwa, nie bądź jak Karolina!



Puste posty są bleh, więc może by tak napisać co nieco więcej...
By the way sztuczki idą ostatnio nieźle (ten niezawodny sposób, żeby zbyt trudny trick porzucić, a potem zacząć uczyć od nowa). Przytulanie misia i drzew jest już naprawdę dobre, dzięki mojemu pomysłowi na przyzwyczajenie psa do trzymania kija Gandalfa (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi). Obedience ruszyło do przodu, dzięki radom Moniki zdobytym na dniu otwartym, a dziś miałam zacząć uczyć jej zmiany zabawki na komendę, ale... trening zepsuły nam inne psy. Przeszłam z kilka kilometrów bez problemu z podbiegaczami, za to wejście na teren bloku wystarczyło, aby za chwilę znalazły się aż dwa. Nie, k(ra), mój pies nie będzie bawił z psem, który ma wszystkie CSy świata pod ogonem i myśli tylko o mordo-zabawie. Doprawdy... chyba sobie kupię znak do wystawiania pięć metrów przed lub koszulkę z dość treściwym napisem.

PS Cały ten post nie zawiera ani jednej emotikony. Założę się, że ty tak nie potrafisz! Przyjmujesz wyzwanie? 

sobota, 16 stycznia 2016

2 sporty 2 seminaria - Agi&Obi

06.01.2015
Fot. Zuzanna Łata
Trzej Królowie z Agility i Obedience 
Do Dream Agility Team chciałam jechać od dawna... wróć, od dawna chciałam spróbować z Teeną agility na prawdziwym torze! Z tym sportem miałyśmy pierwszy kontakt na Marszu Azylanta 2014, na Kwietniowym Miniaturowym Spacerze, gdzie poznałyśmy Zuzię - trenerkę z DAT i oczywiście w życiu codziennym, bo pieseczek nieraz wchodził na jakieś podwyższenie, skakał i biegał... :)

1 wejście  I tutaj pieseczek pozwolił, żeby lęk separacyjny przejął nad nim kontrolę. Biegać biegał, ale miał umysłową kłótnię z różowym tunelem.

2 wejście Zdecydowanie lepiej, ale szału nie było. "Będę się starać dla ciebie, ale sorry - to jest nudne". W końcu jak aportować nawet ulubioną piłkę, gdy jest ona w śniegu, a smaczki się skończyły?


16.01.2015
Fot. Paulina Kasprzyk

























Treningi otwarte z Drużyną G i ObiFru Team

 Przed poprzednim seminarium robiłam z T'ną za ogrodzeniem chodzenie przy nodze na kontakcie i wychodziło... genialnie! Przeczuwałam to wcześniej i obi faktycznie wyszło nam zdecydowanie lepiej, dla mnie idealnie.
W pierwszym wejściu poćwiczyłyśmy głównie lepsze dostawianie do nogi i p.Monika dała nam rady, jaki sposób wykonywania powinnam utrwalać i jak to robić. Pokazała nam również, jak możemy ćwiczyć samokontrolę.
W drugim oprócz dostawiania i samokontroli trenowałyśmy ciągły kontakt i chodzenie przy nodze w rozproszeniach jak znienacka upadająca rękawiczka.


Dzięki wcześniejszym radom od Zuzi Teena często z własnej woli wybierała podbiegnięcie do mnie i kontynuowanie ćwiczeń, a kontakt był chwalony nie bez powodu. Nie mogło być inaczej, skoro według p.Moniki Teena to "Mały Geniusz". ;)

piątek, 18 września 2015

Wybory Miss i Misstera + nowości

W poprzedni weekend wybrałyśmy na Wielką Akcję Adopcyjną Kraków dla Zwierzaków, a dokładniej na wybory miss i misstera adoptowanych psów, bo cała impreza trwała 5h. Oczywiście byłyśmy zgłoszone i miałam skrajne odczucia, co do tego czy się uda, czy pies się nie zestresuje i czy cokolwiek zrobi.

A jak było?
Najpierw zajęło nam trochę samo dojście, bo auto było po drugiej stronie Błoń, a to naprawdę duża łąka. Specjalnie nie szłam udeptanymi ścieżkami, tylko prosto do celu, bo prawdę mówiąc, nie chciałam spotkać tam żadnych właścicieli psów. Po prostu nas czekało duże zadanie, a świadomość wielu ludzi jest wręcz nieprzyzwoicie niska, więc omijałam ich szerokim łukiem. Po pewnie kilkuminutowej wędrówce (ta łąka jest naprawdę duża), dotarłyśmy na miejsce. Spotkałyśmy tam bardzo dużo psów, głównie tych do adopcji, ale nie tylko. Poza tym jakieś stoiska, na pewno groomer, weterynarz, behawiorysta i stoisko Dog rescue. Teena na początku była niepewna, więc odchodziłam z nią na bok, żeby ją skupić i poćwiczyć posłuszeństwo. Jedna z pań organizatorek to zauważyła i zapytała, czy sam ją szkolę, odpowiedziałam, że tak, a ona na to, że suuper. :) Muszę przyznać, że zabrzmiało to trochę, jakby szkoleniem psa mogli zajmować się tylko wybrańcy, a bardzo chciałabym, aby stało się to na porządku dziennym i każdy trenował chociaż podstawowe komendy ze swoim psem.




(jesteśmy 1:45)

W końcu zwołano wszystkich, którzy chcieli uczestniczyć w konkursie. Podeszłyśmy, żeby potwierdzić, że startujemy. Bardzo szybko pojawiło się tam kłębowisko ludzi i psów, więc znowu ratowałam psa, schodząc na boki, żeby się nie bała. Były chyba jakieś 2-3 psy, po czym nas zawołano. Łaciat strasznie się bał, więc poprosiłam o chwilę, żeby się uspokoiła, wyciągnęłam smakołyk, ale go wypluła. Pierwsze zadanie dla wszystkich było proste - iść, okrążyć pachołki i wrócić. Idąc w ich stronę, Teena całkowicie się rozproszyła, patrząc w ziemię, a nie na mnie i już się bałam, że nic z tego nie będzie, ale tuż przy pachołkach się ogarnęła i wróciła na ziemię. Spojrzała na mnie i wiedziałam, co mam robić. Obejść pachołek i wrócić? Pff, to nie w naszym stylu. :D W drodze powrotnej niespodziewanie odpięłam smycz i wykonałam z nią slalom między nogami i chodzenie na stopach. Wszyscy byli widocznie pozytywnie zaskoczeni zaskoczeni i widać, że się podobało, ale nie zerknęłam na punktację jury. W między czasie taki pan - nie był sędzią - (o nim jeszcze za moment), zaczął mówić, że już mamy zwycięzcę. ;)

Później powiedziano, że wszystkie psy mają max pkt, czyli 9 (w końcu to była zabawa :p) i będzie druga konkurencja - na umiejętności. Ogólnie, to zapamiętano nas jako "ten wstydliwy piesek", ale wyprowadziłyśmy ich z błędu. Niepewny siebie? Może, ale wymiatacz. Po znalezieniu wspólnego języka, udało się wykonać "around", czyli obejście nóg tyłem, później slalom tyłem, trup wyszedł jedynie normalny (nie dała się dotknąć, nie mówiąc po podnoszeniu) i wskok na plecy, który początkowo się nie udał (choć i tak się podobał), a ten udany Teena zakończyła twardym lądowaniem, bo za bardzo się spieszyła i nie zeskoczyła tak, jak trzeba. Nie zniechęciło to jej jednak i pięknie wskoczyła z boku na ręce i niestety wszyscy pomyśleli, że to miał być koniec, a nie chciałam już wyprowadzać ich z błędu (miałam w plecaku 3 frisbee i paczkę chusteczek...).

Gdy czekałyśmy na wyniki, podszedł do mnie ten pan i zaczął pytać jak ją szkolę itp. i bardzo nas pochwalił. Szczerze, to byłam pewna, że wygra sunia takiej malutkiej dziewczynki, która umiała tylko siadać na komendę, ale wiadomo... dziecko. ;) Mnie osobiście drażniło to, że ciągle głaskała mojego psa po głowie, a matka nie reagowała, chociaż nawet chodzą na dog trekkingi, więc naprawdę powinna nauczyć córkę, że obcych zwierząt nie dotyka się bez pytania, zwłaszcza w rejonie pyska i głowy...


fot.Skrzydlaty pies (2), komentarze mnie rozwaliły 




Jak widać, udało się, choć trochę tytuł nietrafiony, bo większość psów miało domy. Ale miss to miss! Nasze nagrody:
Po tym wszystkim zrobiłam z nią pierwszą od dawna sesję frisbee i była mega podjarana, skakała po dyski z dużym entuzjazmem. Jestem z niej bardzo dumna, ponieważ udowodniła, że może pokonać strach, skupić się na pracy i jeszcze dać z siebie wszystko. Nie było to jej 100%, ale wiem, że i tak było to wiele, bo jako pies zrobiła coś niesamowitego - pokonała własną, siedzącą głęboko w psychice barierę. Jestem jej bardzo wdzięczna i trudno mi cokolwiek więcej dodać, bo nie da się przelać na kartkę emocji i uczuć, które nam wtedy towarzyszyły. 

Dzień po imprezie dostałam nowy aparat i jestem bardzo zadowolona, choć przyznam, że jeszcze minie trochę czasu, zanim odkryję jego prawdziwe możliwości. Dostałyśmy też do testowania Pokusę Premium Plus, ale jeszcze muszę uzgodnić z firmą, czy mogę tutaj wstawić recenzję, czy jeszcze poczekać.

Zdjęcia nowym sprzętem:







Nie wiem, tylko dlaczego blogger tak zepsuł jakość...

wtorek, 18 sierpnia 2015

Nowy początek

Nowy blog oznacza nowy początek.
Dokonałam tego wyboru, ponieważ chciałam zostawić przeszłość za sobą i stworzyć go jeszcze raz, ale lepiej. Jeśli jednak chciałbyś poczytać posty, które pisałam na gorąco, to istnieje on nadal w stronach, choć ogołocony ze wszystkiego, nawet adresu url. ;)

Są takie zachcianki, chwilowe cele, które łapią cię nagle i równie szybko puszczają. Ale są też marzenia, które rozwijają się powoli, stając się w końcu wyłącznym celem twego życia. 

Jak to się zaczęło? 

Zdjęcie z ogłoszenia (ok. 6 miesięcy)



Rok 2013. Od lat marzyłam o tym swoim własnym, długo wyczekiwanym psie. Typ co jakiś czas się zmieniał, bywały miniaturki, retrievery, owczarki, terriery... każdy typ psa. W końcu w wakacje zaczęłam przeczuwać, że "teraz albo nigdy". Ideał został odnaleziony - Jack Russell terrier, najchętniej o włosie złamanym bądź szorstkim. Mały, energiczny, skoczny, szybki, ale też twardy, samodzielny i szybko uczący się. Ale... życie pisze własne scenariusze. ;)







Zamiast rasowego papsa w moim życiu pojawił się kudłaty podrostek z wielkimi uszami. Mały, łaciaty, ale Jack na pewno nie. Na początku ciapowatość, strach przed spacerem ulicą, szczekanie bez opamiętania, ciągnięcie do wszystkiego, wybrzydzanie wszystkim zaliczanym do kategorii jedzenie (to się akurat nie zmieniło) i radosne pląsanie na magicznej tęczy, z daleka ode mnie.
A teraz? Razem próbujemy różnych sportów, pokonujemy przeszkody - życiowe i nie, a przede wszystkim spędzamy razem czas. Na tym blogu będę zamieszczać też różne przemyślenia na temat psów i spraw, które ich dotyczą, dzieląc się z tobą własną wiedzą, więc do napisania!